06.21.09

Truskawki

Opublikowany w Wydarzenia @ 16:18 przez Asia

Tadek kupił truskawki. Wyjątkowo zażyczył je sobie z bitą śmietaną, ale jakoś nie wyszło nam odczekanie 2-3 godzin od obiadu, więc jak zostało mi z 5 truskawek to miejsce na nie się skończyło. Tadek poradził schowanie ich do lodówki, ja na to, że mu nie ufam, on że “rączki na kołderce”. I puenta:

- Nie jesteś kobietą, nie wiesz co kobiety czują do truskawek z bitą śmietaną (ewentualnie z szampanem).

- To znaczy, że moje porównanie do dobierania się do kobiety ma więcej sensu niż myślałem?

05.17.09

Wczoraj

Opublikowany w Wydarzenia @ 14:50 przez Asia

Wczoraj wieczorem miał miejsce pierwszy uśmiech Jacka. Dzisiaj już uśmiechami strzela w ludzi :D

05.09.09

Odruchy

Opublikowany w Wydarzenia @ 8:23 przez Asia

Jacek kicha.

Ja: Zdrówko

Tadek (przez sen): dziękuję

05.04.09

Poród

Opublikowany w Ciąża, Wydarzenia @ 21:05 przez Asia

Na wieczną pamiątkę.

Ostatnie dni przed porodem miałam wyjątkowo paskudny humor i dopiero w piątek zaczęło się poprawiać. Piątkowa noc jednak chciała mi go znowu zepsuć – oboje nie mogliśmy zasnąć i koło północy wzięłam wreszcie proszka nasennego. Obudziłam się przed 2, czując co jakiś czas niezbyt intensywne skurcze. Nie chciało mi się liczyć czy są regularne czy nie, bo w końcu od kilku dni już się takie skurcze zdarzały i nigdy nic z tego nie wychodziło. Ale skoro już nie spałam, to postanowiłam pójść do toalety. Obróciłam się na drugi bok i poczułam, że coś ze mnie cieknie. “Co jest? przecież ja nie miałam żadnych problemów z nietrzymaniem moczu” pomyślałam, ale kiedy wstałam i porządnie ze mnie chlupnęło, tak że zaczęło ciec po nogach, to przyszło mi do głowy, że może to wody (w każdym razie nie zamoczyłam łóżka ). Z zaciśniętymi udami doszłam do łazienki, przy każdym kroku czując kolejne chlupnięcie. Stanowczo nie pachniało to moczem, było całkiem przejrzyste i białe, nie jak mocz no i chlupanie na wszystkie strony nie przeszkadzało siusianiu. Opłukałam się pod prysznicem, wzięłam nowe gatki i podpaskę i upewniłam się, że Tadek nie śpi (zwykle się budził jak wstawałam do toalety). Tadek się trochę zaniepokoił, ale szybko ustaliliśmy, że tylko dzwonię po mamę (bo miałam rodzić z mamą a nie z Tadkiem) i nie budzimy dziadków. Ginekolog kazał w przypadku odejścia wód od razu jechać do szpitala, więc jeszcze nie zawracałam sobie głowy mierzeniem skurczy, chociaż czułam, że są. Po telefonie do mamy dopakowałam torbę i usiadłam na chwilę do komputera, między innymi po to, żeby pomierzyć skurcze.

Mama przyjechała koło 2.50 i migiem, jak to w środku nocy, dojechałyśmy do szpitala. Odchodzenie wód było na tyle oczywiste, że na IP tylko zmierzono mi ciśnienie i upewniono się, że to wody. Mama dostała zielone wdzianko i zaprowadzono nas na korytarz traktu porodowego, gdzie stały dwa niskie, stare foteliki. Według mamy były koszmarne, ale dla mnie były cudowne. Miałam skurcze co 2-3 minuty i dosyć silne – jeśli bym się uparła, to mogłabym mówić w trakcie skurczu, ale to by wymagało naprawdę dużo silnej woli. Wtedy zrobiono mi wywiad a z sali numer dwa wywieziono młodą mamę. Po niezbędnych porządkach, koło 4 rano wprowadzono mnie tam i podłączono do KTG. Na KTG pokazały się 3 skurcze przy podstawowym napięciu na macicy koło 40 po czym napięcie spadło a skurcze prawie umilkły.

Mama miała ze sobą książkę do poczytania na głos, żeby jakoś zająć nam czas. Wzięła pierwszy tom Herriota, a kto czytał ten wie, że pierwszy rozdział pierwszej książki jest o dosyć trudnym (ale z perspektywy czasu zabawnym) porodzie krowy… W każdym razie skoro skurcze mi się uciszyły, to postanowiłam się zdrzemnąć. Około 8 rano zostałam wreszcie zbadana – rozwarcie 2,5 palca, pół drogi. “Połowa drogi, zakończymy tą imprezę pewnie wczesnym popołudniem” się pocieszyłam nie dopuszczając myśli, że to ta lżejsza połowa za mną.

Tymczasem skurcze zaczęły nabierać znowu mocy i wróciły do częstotliwości około 4 minut. Ja powoli traciłam panowanie nad sobą i zamiast porządnie oddychać przy skurczach jęczałam. Położna stwierdziła, że hiperwentyluję i w ogóle nie współpracuję i podała mi tlen a jak trochę się uspokoiłam i zaczęłam lepiej panować nad sobą, wygoniła pod prysznic. Pod prysznicem przesiedziałam trzy skurcze – genialnie pomógł na złagodzenie pierwszych dwóch, ale jak kolejny wrócił do swojej mocy, to uznałam, że dosyć moczenia się, lepiej pochodzić, bo chodzenie też jakoś sprawiało, że były znośniejsze. Podobnie siedzenie na foteliku na korytarzu było ulgą. Niestety nie mogłam chodzić zbyt długo, bo (prawdopodobnie z powodu niskiego cukru) pod koniec każdego skurczu i pół minuty po tym jak ustąpił ćmiło mi się w oczach i czułam że mogę zemdleć.

Przy tamtym badaniu o 8 poprosiłam o coś przeciwbólowego i mniej więcej godzinę później dostałam zastrzyk do wenflonu. Mama mówi, że pomogło, ja tam różnicy nie czułam. Około 11 dostałam jeszcze antybiotyk, bo minęło 9 godzin od odejścia wód i zaczęły się skurcze, w których oprócz zaciskać wszystkie mięśnie miednicy chciało się powoli też przeć. Rozwarcie 4 palce.

Skurcze miały dziwną budowę, jakby z dwoma wierzchołkami i ten drugi przeradzał się w skurcz party. Przestało kręcić mi się w głowie, jakby mój organizm znalazł jakąś dodatkową porcję cukru. Około 11.30 położna stwierdziła, że pomiędzy skurczami mam pełne rozwarcie, ale w trakcie skurczu mały kawałek szyjki macicy jest jeszcze twardy. Kłaść się na bok i nie przeć, zmiana boku co 5 skurczy. Po pół godziny takiej męczarni zaczęłyśmy ostrożnie przeć – trzy skurcze z parciem, trzy na boku.

Położna stwierdziła, że na 12 się nie wyrobimy, ale na jej oko przed 13 zdążymy. Słabym głosem pytam a która jest godzina. 11.50. Rozbawiło mnie to.

Niestety na plecach ja nie bardzo czułam parcie i o ile skurczu spokojnie by starczyło na 4 parcia, ja przez połowę pierwszego przypominałam sobie co i w którą stronę mam przeć a po trzecim byłam już tak wyczerpana, że odmawiałam czwartego parcia. Po chyba drugim skurczu partym nagle poczułam jakby mi ktoś chciał wyrwać miednicę bokami. Ryknęłam wniebogłosy i przez kilkanaście sekund tak wyłam i ból był tak okropny, że nie byłam w stanie powiedzieć ani chociaż wskazać co boli. Po następnym podobnym skurczu, ale ze znacznie łagodniejszym bólem bioder na koniec wymyśliłam, że właśnie ten ból to jest to parcie którego nie czuję normalnie. Najpierw długi, narastający zwykły skurcz a jak zacznie ustępować to równie narastający ból bioder. Położna kazała zaczynać przeć w szczycie skurczu, to ja odczekiwałam aż ból bioder będzie prawie nie do wytrzymania i wtedy zaczynałam przeć.

Nie wiem kiedy szyjka puściła, bo “zabawę” w trzy skurcze parte i trzy na boku kontynuowaliśmy dalej. Koło 13 zapytałam, jak długo trzeba mnie tak męczyć zanim mnie ciachną. Położna na to, że co ja się nastawiam na cięcie, a ja że nie nastawiam się, ale kończą mi się siły i ja już długo tego nie wytrzymam. Położna powiedziała, że problem jest taki, że po każdym skurczu dziecko wraca dokładnie tam gdzie było i zawołała lekarza. Lekarz przyszedł, stanął u mojego boku i przy najbliższym parciu z zaskoczenia wbił mi z całej siły swój łokieć pod mostek. Oczywiście po to, żeby pomóc przesunąć dziecko w dół, ale mnie to po pierwsze zaskoczyło a po drugie zabolało i w tej sytuacji trudno było przeć. Ale w końcu coś ruszyło, nawet ja to poczułam.

Lekarz sobie poszedł, położna szybko podstawiła wielką michę i jak tylko zaczęłam przeć przy następnym skurczu ciachnęła. Ja ryknęłam i przestałam przeć, bo ból wziął mnie z zaskoczenia i był podobnie koszmarny jak tamten pierwszy ból bioder. Położna, machając mi nożyczkami przed oczami (szybka myśl – ona nie skończyła ciąć) kazała mi przeć a nie się drzeć. W sumie nawet jakbym chciała nie przeć, to nie bardzo było jak. Z wizją tych jej nożyczek zaczęłam drugie parcie i nagle to samo! ciach i ryk! Ból ciachnięcia już troszkę bardziej spodziewany ale nadal przemożny. No ale dobrze, trzecie parcie. Tym razem trach! (i ryk oczywiście też) Zawzięłam się w sobie, że mam już dosyć i to naprawdę końcówka, więc na ustępującym skurczu jeszcze czwarte parcie i wtedy właśnie wyszła główka. Położna wyciągnęła małemu ramiona a ja wyłam z bólu. Kazała przeć, ja żadnego skurczu nie czułam, ale co mi tam, zobojętniałam na wszystko bo wiedziałam, że maleńki już prawie jest ze mną, więc parłam. Wyszły nóżki i chluuup wszystko co było jeszcze do chlupnięcia.

Mama przecięła pępowinę, położyli mi go na brzuchu i błyskawicznie przestał płakać. Ja go głaskałam, przytulałam a położna coś mi tam gmerała. Po chwili kazała przeć, więc ja podobnie jak z ostatnim parciem, pogodzona z losem i obojętna na wszystko prócz tego małego cudu, wyparłam łożysko. Plotłam trzy po trzy, że nic już nie boli (no dobra, oprócz ciachnięć i pęknięcia) a jak zabrali małego do mierzenia i ważenia to zaczęłam sobie macać, jaki mam fajny wklęśnięty i miękki brzuch.

Hasłem przewodnim porodu było: ja poproszę pół godziny przerwy. Tak dla odetchnięcia i nabrania sił.

W jakimś momencie położna tą swoją wielką michę strąciła i wszystko co tam było rymsnęło na ziemię a moja mama zaczęła się śmiać, że tego to nie my nabałaganiłyśmy Podsumowując – 11 godzin to z tego co wiem dosyć średni wynik, ale takie półtorej godziny bezskutecznego parcia było straszliwie męczące. Oszczędzono mi bólów krzyżowych, chyba tylko parę skurczy wlazło mi też w plecy a tak to wszystkie w brzuchu. No i jak USG genetyczne pokazało datę 18 kwietnia, tak urodziłam 18 kwietnia

05.03.09

Ciężka noc

Opublikowany w Myśli @ 16:28 przez Asia

Koło pierwszej zbudziłam się z jakiegoś szpitalnego koszmaru. Były tam jakieś kolejne operacje, w trakcie których wycinano mi kolejne kawałki narządów, aż po ostatniej nie byłam w stanie mówić, w ogóle porozumiewać się. W dodatku, tak jak na położnictwie, nikt nie mógł do mnie wejść, to ja musiałabym do odwiedzających wyjechać.

W każdym razie poprosiłam, żeby Tadek nakarmił Jacka (bo zawsze to ja karmię o 1). Mały jadł, odbijał, jadł dalej. A potem nie mógł zasnąć. Wzięłam go a on po chwili zwymiotował na mnie. Na moją swieżo upraną, świeżo wyprasowaną i świeżo założoną koszulę nocną. Tadek dał chusteczki, obtarłam synka, rozebrałam się z tej koszuli i położyłam Jacka na gołym brzuchu. Poprosiłam Tadka o jakąś inną koszulę nocną i okazało się, że mam dwie do wyboru – zimową z Triumpha (długa, ciepła, niebieska) albo porodową (krótka, bez rękawa, cienka w niebieskie paseczki). Ta porodowa miała być wyrzucona. Ale poprosiłam o nią i nie byłam w stanie jej założyć. Jakaś blokada psychiczna. Cieszyłam się, że nie została wyrzucona, ale teraz ma po prostu być a nie służyć. Poród to bardzo intensywne przeżycie, nieporównywalne z niczym innym. Codziennie czytam mój własny opis własnego porodu. Codziennie myślę o nim. Męczy mnie to, że Tadek chyba nie chce wiedzieć o tym zbyt dużo, a nawet jeśli bym mu opowiedziała, to nie zrozumiałby.

W każdym razie Jacek i tak nie zasnął. Nosiliśmy go na zmianę, kołysaliśmy, tuliliśmy, on płakał albo po prostu nie spał. Kiedy ja go nosiłam, Tadek drzemał. Ja oczywiście nie mogłam zasnąć słysząc ich w dużym pokoju. Jacek przysnął wreszcie koło 6 rano. A o 7 karmienie. Później w ciągu dnia też nie spał, na rękach był w miarę spokojny, ale wystarczyło go odłożyć, żeby zaczął hiperwentylować i po chwili ryczeć. Udało się go na chwilę uśpić koło 12, to poszłam z nim do ogrodu. Obudził się. Przez godzinę pozwolił mi wyhaftować  7 krzyżyków.

Dopiero jak w radiu zaczął się Top Wszechczasów to zasnął. Przy okazji stwierdziliśmy, że pieluchy Happy są do niczego. Przeciekają, uciskają nóżki i w dodatku nie dają się ładnie dopiąć, jakby się rozchodziły na boki, bo godzinę po poprawieniu znowu jest dużo luzu. Prawie pełna paczka pieluch teraz będzie leżeć i czekać na lepsze czasy… Może na przykład będziemy je podkładać na czas suchej kąpieli i samrowania pupy kremem przed nałożeniem suchej pieluchy? Codziennie ze dwie-trzy pieluchy są zużywane przez kupy robione w trakcie zmiany pieluchy.

05.01.09

Książki

Opublikowany w Myśli @ 17:22 przez Asia

Tadek do Jacka: jak wiadomo z Gumisiów, najlepsze książki są prawie tak duże jak ty.

04.27.09

Chrzest bojowy

Opublikowany w Wydarzenia @ 13:28 przez Asia

Przeszłam dzisiaj chrzest bojowy.

Po karmieniu o 9 rano Jacek odbił i zaczął grzecznie przysypiać, widomy znak, że jeśli miał robić kupę to już zrobił i najlepsza pora na zmianę pieluchy. Więc sprawdziłam, pielucha zasikana aż miło, ale kupy nie ma. Nic to, zmieniam. Podkładam nową, odginam mu nóżki a tu jak z armaty sruuu na mnie, przewijak, tetrę i ubranka. Obśmiałam się trochę (pewnie to przestaje być zabawne za jakimś trzecim czy czwartym razem), oczyściłam go i sięgam po nową pieluchę a tu siuuu na bok, co jeszcze było suche (bo raczej nie czyste) już nie jest.

Zaprzęgłam Tadka do pomocy, żeby zabrał syfiaste ubranka, pieluchy i chusteczki, a zostawił mi chwilowo tylko obsraną tetrę. Nowa pielucha założona, sięgam po bodziaka i wtedy chlup… Mama skomentowała, że z dziur w organizmie ma jeszcze nosek tfu tfu.

03.11.09

Pomysł

Opublikowany w Myśli @ 10:40 przez Asia

Mam pomysł na bloga tematycznego. Fajny pomysł i w dodatku naprawdę coś na czym się znam i co mi dobrze wychodzi. Jak będzie pomysł dopracowany to dam znać.

03.08.09

Tęsknię

Opublikowany w Wydarzenia @ 12:42 przez Asia

Pojechałeś o 10.30, czyli jakieś dwie godziny temu. Niby zwykle oboje jesteśmy dosyć cisi, radio jak zwykle gra a tak jakoś smutno mi i tęskno.
Niech już będzie wtorek.

11.22.08

Wspomnienia z dzieciństwa

Opublikowany w Myśli @ 10:03 przez Asia

O ile dobrze pamiętam, kiedyś opisywałam moje dwa pierwsze wspomnienia. Dzisiaj pora na trzecie a może i dalsze.

Trzecie wspomnienie jest znacznie mniej przyjemne, chociaż nie pamiętam samego bólu. Miałam wtedy trzy lata, pojechaliśmy całą rodziną (może bez babci? nie jestem pewna) na grzyby do lasu oliwskego. Samochód stał przy drodze a my poszliśmy na drugą stronę (mam wrażenie że samochód był na południe a my szliśmy na północ).

Dosyć szybko się zmęczyłam, więc dziadek wziął mnie na barana i wrócił do samochodu. Pamiętam właśnie to bycie noszoną na barana i nieprzyjemną chmurę czegoś drobnego, włażącego do nosa i oczu. To były komary. Cała chmura komarów, akurat na wysokości mojej głowy. Ugryzły mnie co najmniej dwa – jeden pod lewym okiem a drugi pod prawą dziurką nosa. Kiedy doszliśmy do samochodu byłam już tak spuchnięta, że ledwo mogłam oddychać. Dziadek od razu zawiózł mnie na pogotowie (ciekawe co pomyśleli rodzice jak wrócili a nie było samochodu i dziadka) i drugi fragment tego wydarzenia, który pamiętam to właśnie tam na pogotowiu. Był to bardzo długi pokój, w kolorze zielonkawo-niebieskawym, bardzo nieprzyjemnym. W regularnych odstępach stały jakieś cosie a ja na jednym z nich siedziałam czy też leżałam (łóżka szpitalne?). Było strasznie pusto a ja byłam strasznie sama. ktoś chyba był w tym pokoju, ale poza zasięgiem mojego wzroku, na pewno na żadnym innym cosiu nikt nie siedział ani nie leżał.

Od tego czasu powszechnie wiadomo, że mam uczulenie na komary. A komary jak na złość bardzo mnie lubią. Kiedy normalnego człowieka ugryzie komar, trochę poswędzi, zaczerwieni się i przechodzi w dwa dni. Dla mnie swędzenie jest przemożne, a po jakimkolwiek dotyku takie ukąszone miejsce puchnie w bardzo specyficzny sposób (jakby placek skóry wystąpił do góry) i przybiera żółty kolor. Dodatkowo nie mam co liczyć na zniknięcie obrzęku wcześniej niż za tydzień-dwa.

Jeszcze raz komary mi strasznie dokuczyły, było to w Finlandii. Około moich ósmych urodzin pojechaliśmy do Oulu, gdzie pracował tata. Był to sam środek ichniego lata, więc było stosunkowo ciepło i cały pobyt pamiętam bardzo miło, między innymi dlatego, że po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z kuchenką mikrofalową. Któregoś dnia komar ugryzł mnie w prawą stopę, w śródstopie. Spuchłam tak, że przez kilka dni nie mogłam chodzić, a samo ukąszenie nie swędziało tylko bolało. Stopę miałam zawiniętą w jakiś okład i bandaż. Nawet jeśli mogłabym chodzić, to nie zaszłabym daleko, bo stopa nie mieściła mi się do żadnych butów. Spędzałam dnie na układaniu klocków lego i kolorowaniu disneyowskich kolorowanek nowymi pisakami (kupionymi w Szwecji).

Z czasem słabiej reagowałam na komary, ale wciąż powstrzymywanie się od drapania jest prawie niemożliwe. I wciąż wyskakują mi te żółte placki. Nawet jeśli jest daleko od sezonu komarowego, prawie co tydzień znajdzie się jakiś, który mnie w nocy użre. Dzisiaj użarło mnie w szyję…

Następna strona