01.31.07

Opublikowany w Myśli @ 20:55 - autor: Asia

Kurwa, wczorajszy wpis mi przepadł

Czas nas zmienia

Opublikowany w Myśli, Wydarzenia @ 20:53 - autor: Asia

Wczoraj wieczorem Paweł wpadł po miecze. Kajutka z Adasiem byli trochę zestrachani, bo jeden z mieczy odrobinę zardzewiał, ale uspokajałam ich, że to nic nie szkodzi, takie miecze co i rusz rdzewieją i ich właściciele mają dobre sposoby na radzenie sobie z tym.
Pawła nie widziałam od wyjazdu do Finlandii, długo gadaliśmy, w końcu mamy całkiem sporo znajomych. Siedzieliśmy w kuchni, bo cała reszta towarzystwa ma jeszcze sesję i byśmy przeszkadzali. Wynieśliśmy do kuchni moje krzesło na kółkach, dwa stołki i skrojoną houppelande, którą chwilami szyłam. Zajęliśmy całe wolne miejsce w kuchni i jak ktoś chciał herbaty to miał problem z dostaniem się do kuchenki i czajnika.
Za to Paweł odkręcił puszkę z herbatą jaśminową. Mamy 12 puszek z magnesem, takich z Ikei, i trzymamy w nich herbaty. Wczoraj w ramach oczekiwania na spóźniający się obiad podpisałam wreszcie wszystkie, oprócz tej jaśminowej, której nikt nie mógł otworzyć. Najpierw dwie czy trzy puszki zapełniłam herbatami z różnych klasycznych puszek, między innymi wsypałam mate, która była w mojej zielonej puszcze po Ahmadzie. Potem każdy kto wchodził i patrzył na podpisane puszki dziwił się “to my mamy mate?”. No mamy, od półtora miesiąca! sama ją wsypywałam do puszki po Ahmadzie!
Kiedy zapełniałam magnetyczą puszkę mate, Adaś żalił się, że wszędzie mamy mate (co jak widać powyżej prawdą nie było i nie jest). Podpisując puszki udowodniłam mu, że mamy prawie same czarne herbaty a wszystkie zielone prócz jednej są jego własne. To co on uważał za mate to było: rooibos miętowo-czekoladowy, Joga-tea, zielona z guaraną, Swedish Cranberry (moja ulubiona, co ciekawe to jest normalna czarna herbata i nie wiem jakim cudem Adaś ją zakwalifikował jako mate), Zielone Kimono i coś jeszcze, musiałabym pójść do kuchni sprawdzić.

Wracając do Pawła. Paweł chce się żenić. Ma poniekąd zgodę Michaliny. Parą są niecały rok i kiedy Paweł po raz pierwszy nam o niej mówił śmieliśmy się, że każda potwora znajdzie swojego amatora i że najwyraźniej Pawłowi się udało. Z Tadkiem oczywiście knuliśmy więcej w ich temacie, ale to niech będzie moją tajemnicą.
Okazuje się, że nie wiedzieć skąd i kiedy nasza Kompania zmieniła profil. Z licealistów i studentów, w większości singli i narzekających na pociągi, autobusy i to, że wszystkie turnieje są tak dalego, zmieniliśmy się w pary (z jednym wyjątkiem), mamy 3 samochody do dyspozycji, połowa planuje ożenek i dzieci, a kiedy Paweł mi powiedział, że Michalina dopiero maturę zdaje (w technikum), to pomyślałam “ależ smarkula!”.

01.28.07

Zmiana planów

Opublikowany w Myśli, Wydarzenia @ 15:16 - autor: Asia

Hm hm…

Blog niby powstał, ale nie było się kiedy do niego zabrać. Teraz, jak zwykle, piszę wtedy, kiedy jet mi źle. Znaczy, czuję się szczęsliwa, cieszę się z powrotu i tak dalej, ale z drugiej strony męczy mnie taki stan zawieszenia. Po powrocie oczywiście były święta, więc nic się nie robiło, potem sylwester, raz czy dwa wpadłam na wydział, wpisałam się na na Wirusologię i tak naprawdę to wszystko. Nie mam nic do robienia (albo mam za dużo, ale tylko tego, czego nie chcę robić), nie mam żadnych wykładów, ćwiczeń, zajęć… Bardzo to dla mnie nienaturalne. Wszyscy w koło się uczą, zdają (lub nie) egzaminy, chodzili na zajęcia (póki były) a ja siedzę w domu, obiad robię, prasuję czyste pranie i wyciskam pupę na krześle przed komputrem.

Tęsknię za normalnym trybem zajęć. Tęsknię za wykładami, kupą ludzi dokoła. Za tym, co przez ostatnie kilkanaście lat było dla mnie normalną koleją rzeczy. Czasem się zastanawiałam, czy mogłabym być kurą domową, siedzieć w domu, wychowywać dzieci. Idea całkiem pociągająca, ale to jest tak różne od tego, do czego jestem przyzwyczajona, że nie wiem, czy bym dała radę.

Tytułowa zmiana planów dotyczy języka. Jednak będę pisać po polsku i pewnie tylko dla siebie, bo nie sądzę, abym próbowała rozpropagować tego bloga. A ja lubię pisać. Niedawno pisałam manual dla GO Vendetty. Pół roku tej praco-zabawy daje trochę specyficznego doświadczenia i od kiedy, jakiś miesiąc temu, zrobili mnie SGO, co i rusz ktoś się mnie o coś pyta, a ja ze zdziwieniem stwierdzam, że dokładnie wiem co robić. Wydaje mi się że to tak niedawno sama potrzebowałam pomocy… Manual wyszedł duży. 24 zagadnienia. Sama się wcześniej nie spodziewałam, że tak wiele różnych spraw nas spotyka, a co dzień dopisuję różne szczegółowe sytuacje. Na przykład wczoraj o tym, co zrobić, jeśli gang chce się rozwiązać po wojnie a nie może, bo jego szef ma bana.

Kiedy wróciłam nie mogłam uwierzyć w to, jak piekne jest niebo i słońce. Co dzień pogoda była dla mnie piękna i fantastyczna. Teraz już w miarę przywykłam, nawet zdarza mi się przekląć słońce utrudniające mi patrzenie w monitor. Pobyt w Finlandii zostawił na mnie swoje piętno i wciąż każdy promień słońca jest dla mnie jak pocałunek. Mam nadzieję, że nigdy w życiu, ani ja, ani moi znajomi, nie zaznają takiej pogody jak tam przez półtora miesiąca.

Ostatnie dni przed świętami i pierwsze po powrocie to była jedna wielka bieganina aby załatwić różne rzeczy, kupić ostatnie prezenty, zapakować je. Piękny był dzień mojego przylotu. Ale może po kolei:

Postanowiłam iść spać koło 19-20, żeby się wyspać. Jednak do 21 rozmawiałam z dziewczynami, żegnałyśmy się a one koło 21 poszły do Marii, żeby tam balować i mi nie przeszkadzać spać. Nie mogłam zasnąć gdzieś tak do 1 w nocy, a potem obudziłam się przed budzikiem, nastawionym na 3.30. Wstałam, ubrałam się, zjadłam jabłko, dopakowałam się i zadzwoniłam po taksówkę. Podróż na lotnisko wyniosła 23.80e, wcześniej odpytałam przez telefon, czy aby na pewno mogę płacić zwyczajną visą classic a nie kartą fińską (nie wiem, czy o tym wcześniej pisałam, ale kartą fińską można płacić naprawdę wszędzie a zagranicznymi w dużej większości miejsc, ale jednak nie wszędzie). Daję pani kierowcy (w ogóle ogromną taryfą jechałam, taką na 6-8 osób i mnóstwo bagażu) kartę a po chwili karta wypluwa napis “card malfunction”. Proszę panią, żeby spróbowała jeszcze raz, bo już ze dwa razy zdarzyło mi się coś podobnego, ale wciąż card malfunction. Spróbowałyśmy z moją drugą kartą i też nic. To powiedziałam pani kierowcy, że zobaczę na terminalu, może jest bankomat (a tak się cieszyłam, że mi nie potrzeba więcej gotówki i wyszło mi ładne zero… miałam jakieś 20c). Na terminalu nie było bankomatu. Zapytałam kierowcy, czy może wie, gdzie tu niedaleko jest bankomat, ona na to, że zna jeden o 3 kilometry stąd. Na to ja, że chyba nie mamy wyjścia i jedziemy. Pani o dziwo wyłączyła licznik, także jazda do bankomatu była za darmo.

Bankomat na moją kartę powiedział “Card Malfunction”. Zaczęły mi się trząść kolana. Spróbowałam raz jeszcze. To samo. Druga karta – brak połączenia a potem za mało środków na koncie. Żołądek ścisnął mi się w supełek. Bo jakim cudem ja znajdę 24e o 3.30 (czasu polskiego)? Spróbowałam raz jeszcze pierwszej karty i, dzięki niebiosom, zadziałało. Wzięłam 40e. Na lotnisku kierowca nie miała wydać, więc skasowała tylko 20e. Na terminalu było już kilka osób a obejście go dokoła ujawniło że jest to malutkie lotnisko, nie więcej jak tuzin lotów dziennie, co ciekawe bardzo często dwa zaraz po sobie. Na przykład o 6.30 leciał FinnAir do Helsinek a o 6.40 SAS do Kopenhagi.

Kiedy doczekałam do 5.50 i wreszcie otwarto okienko check-in, wszystko poszło już gładko. Pani w okienku dała mi voucher, wytłumaczyła gdzie i na jakiej zasadzie mogę go używać lub wymienić na pieniądze, przykleiła naklejkę na moją niemiłosiernie wypakowaną torbę, ja poszłam na odprawę. Koputer i plecak dałam osobno, potem jeszcze płaszcz. Bramka na mnie zapiszczała, ale wyszło na to, że to czubki moich glanów piszczały i tylko pani z ochrony powiedziała, żebym następnym razem leciała w innych butach. Po głosach dokoła można było poznać, że większość towarzystwa stanowią Polacy, wracający z pracy na święta. Sami mężczyźni, często o twarzach zbirów, ale mnie pewnie uznali za kawałek tutejszego kolorytu i nie próbowali nawet zaczepiać.

Samolociki było widać oba, wyglądało na to, że trzeba wyjść na dwór i przespacerować się do pojazdu. Wypuszczono nas kiedy jeszcze samolot do Helsinek grzecznie stał i czekał, ale nie widziałam go potem, może zdążył odjechać zanim się usadowiłam. Zapomniałam wyłączyć telefon i leżał sobie włączony przez cały lot w plecaku. Duńska stewardessa kazała wszystkim pozapinać pasy. Była bardzo miła, chociaż zabawne wydawało mi się to, że traktowała mnie jak swoje małe słodkie dziecko, ale może to normalne względem osób w biznesklasie. Na drugim samolocie stewardessa traktowała mnie jak nauczycielka ulubioną uczennicę i co i rusz puszczała do mnie oko, ale o niej będzie potem.

Biznesklasa składała się z trzech podwójnych siedzień i dwóch osób, mnie i pana o azjatyckich rysach. śniadanko dostaliśmy fantastyczne – bułeczki, łosoś wędzony w plastrach, łosoś pieczony poszatkowany, sałatka śledziowa, dżem, masło (solone oczywiście), szarlotka, kilka kawałków melona i garść ciemnych winogron. Zdaje się, że to było “śniadanie skandynawskie”. Kiedy wystartowaliśmy było całkiem ciemno a Turku, rzęsiście oświetlone wyglądało jak z bajki. Potem świateł było coraz mniej, lecieliśmy nad archipelagiem. W pewnym momencie oderwałam się od widoków do sniadania, a jak zjadłam, to za oknem było całkiem ciemno i tylko światełko na końcu skrzydła mrugało podświetlając śmigło.

Straszno mi było tak lecieć w komplentej ciemności i nie widzieć gdzie jestem. Pocieszałam się myślą, że nawet jakby było jasno, to nie wiedziałabym, gdzie jestem co najwyżej mogła ocenić czy jesteśmy strasznie wysoko czy okropnie wysoko. I że i tak muszę się oddać doświadczeniu pilota. Przez cały lot mieliśmy jakieś drobne turbulencje, samolot to się obniżał, to podlatywał do góry. Nieprzyjemne uczucie dla uszu. Na kilkanaście minut przed planowanym przylotem zaczęło być widać w dole świecące bojki. A potem nagle byliśmy na ziemi. Lotnisko w Kopenhadze jest tuż przy morzu, więc tylko przez moment widziałam światła miasta przed lądowaniem.

Port lotniczy w Kopenhadze jest spory. Miałam od lądowania do odlotu jakieś 2h i w zasadzie cały czas wykorzystałam na połażenie po trminalu i odwiedzenie sklepów. Nie zajrzałam do Business Longue, ale oglądałam przez szybę jak tam wygląda. Od samolotu przywiózł nas autobus. dobrze było wyprostować nogi, bo mimo iż siedziałam w pierwszym rzędzie i miałam dużo miejsca na nogi, bolała mnie lewa stopa – samolot był tak mały, że krzywizna kabiny wymuszała niewygodne ułożenie nogi od strony okna. Na terminalu dużą popularnością cieszyły się wózeczki. Taki wózek miał koszyk wielkości małego koszyka sklepowego, umieszczonego wysoko, na dole była kratka, na której można było coś położyć. Uchwyt miał nowoczesny łukowaty kształt, dzięki czemu cały wynalazek, choć bardzo prozaiczny, wyglądał efektownie.

W Kopenhadze kontrola bezpieczeństwa była znacznie bardziej rozbudowana niż w Turku. Między innymi ludzie musieli stawać na takich stopniach jak do stepu, rozkraczyć się w pajacyka i w takiej pozycji byli badani wykrywaczem metalu. Dobrze, że startowałam z małego Turku. Z odpowiednim zapasem czasu udałam się w okolice mojego wyjścia. Tam się okazało że wsztstkie krzesełka były pozajmowane przez drzemiące rosjanki z chmarą dzieciarni i poddenerwowanych rosjan. Samolot do Pristiny, który miał polecieć o 5.45 jeszcze nie wyruszył (a było koło 9 rano). Jak się później dowiedziałam, w Pristinie spadł śnieg i obsługa lotniska miała problem z odśnieżeniem, przez co samolot nie mógłby wylądować. Nas wkrótce puszczono. Dziwnie było mi słyszeć język ojczysty wszędzie dokoła. To było bardzo niezwykłe uczucie, o wzruszenie przyprawiały mnie nawet przekleństwa co po niektórych mężczyzn. Przez dobre dwa tygodnie reagowałam na każde “Asia” usłyszane w pobliżu, bo po prostu w Turku byłam jedyną osobą, do której się tak zwracano i jeśli ktoś mówił jakąś wariasję na temat “Asia” (asza, asa, asja, aszia itp) to się zawsze odnosiło do mnie.

Wpakowano nas do autobusu i odwieziono do samolotu. Właśnie zaczął siąpić deszczyk, więc wykorzystałam moje szalone umiejętności kolejkowania i wpychania się i chyba jako szósta osoba weszłam do samolotu (mimo iż w autobusie siedziałam dosyć daleko od drzwi). Dobre 15 minut zajęło zapakowanie ludzi do samolotu po czym okazało się, że 6 osób brakuje. 10 minut po czasie odlotu osoby owe się znalazły, ale okazało się, że jednego bagażu brakuje. 45 minut zajęło znalezienie go i umieszczenie gdzieś w samolocie. Samolot był taki sam jak ten do Kopenhagi, więc bagaże się nie mieściły w ładowni (od razu poznać polaków ;) ) i część trzeba było upchnąć w kabinie.

W całym samolocie było jedno miejsce wolne, które zajął pewien pan, ponieważ chciał siedzieć koło znajomego. Dzięki temu miejsce obok mnie stało się wolne. Oczywiście musiał sprawę przedyskutować z stewardessą, bo kiedy brakowało 6 osób część towarzystwa siadła gdziekowiek im pasowało a nie tam, gdzie bilety mówiły, że mają siedzieć.

Stewardessa w tym samolocie była dobrana z pewnością specjalnie z myślą o Polakach. Miała wygląd nauczycielki nauczania początkowego i traktowała wszystkich pasażerów jak dzieci. Każdemu zajrzała, czy się przypiął pasem, każdego prosiła o wyłączenie telefonu (ja mój tym razem wyłączyłam jeszcze na terminalu). Była doskonała. Nikt inny nie umiałby chyba poskromić całego samolotu rozbrykanych polaków.

Wystartowaliśmy w mżawce. Było już jasno. Dosyć szybko wzlecieliśmy między warstwy chmur. Wyglądało to niezwykle: biały pas na dole horyzontu, nad nim niebieskie niebo a na tym niebie białe chmury. Dolny biały pas ciągnął się i pod nami, ale jeśli spojrzało się dostatecznie pionowo w dół, okazywało się, że chmury te nie są zbyt grube i jak przez mgłę widać fale na Bałtyku. Wlecieliśmy na teren Polski w okolicy Łeby, sądząc po kształtach jezior. Kilka minut potem z głośników dobiegł nas zdenerwowany głos kapitana, nakazujący wyłączyć wszystkie telefony komórkowe, ponieważ zakłócają one nawigację. Znów przemknęło mi przez myśl “nie ma to jak Polacy”. Kiedy wylądowaliśmy, okazało się, ze tuż przed nami wylądował inny samolot i był straszny tłok do odprawy. Tu znów przydały się umiejętności znajdowania najkrótszej i najszybszej kolejki, niestety przy odbiorze bagaży przyszło czekać. Najpierw jechały bagaże z drugiego samolotu a moja torba w ogóle była pod koniec.

 Czekali na mnie. Wyśliskali, wycałowali. Dostałam różę, w ślicznym żółtym kolorze, ale ponieważ dużo tamtego dnia przeszła, jak dotarłam do domu to nie wsadziłam jej do wody tylko zawiesiłam do ususzenia. Stoi teraz obok mnie w dzbanku. Opowiadałam, słuchałam, byłam ściskana i całowana. Zapakowaliśmy się do samochodu dziadka i na jak wyszła jeszcze jedna wada tego, że mój samolot się spóźnił i były dwa samoloty na raz – straszliwe kolejki do wyjazdu. Co dziesiąty kierowca nie wiedział, że najpierw powinien zapłacić i na pięć minut tamował kolejkę, najpierw próbując za wszelką cenę się wydostać a potem idą na spacerek do automatu lub próbując się wycofać z kolejki. Oczywiście stara skoda, która wepchnęła się przez samochód dziadka też tego problemu doświadczyła. O dziwo facet chciał opuścić kolejkę, w związku z czym dziadek wycofał się ile mógł i jak na moje oko wystarczyło miejsca na to, by kierowca skody wykręcił, wycofał i znikł, bo tamten kawałek wyjazdu był szeroki. Ale oczywiście nie! on pojechał prosto wstecz! ech…