05.25.07
Grrr
Mam powoli dosyć moich znajomych z Biotechu. Na razie dwukrotnie było stonkowanie – wspólne uczenie się.
Pierwszy raz miał być we wtorek i miały być mikroskopy. Były w poniedziałek.
Dzisiaj miała być immuna i kwasy nukleinowe, u Łukasza. Była ewolucja, u Kai.
Nikt mnie o żadnej z tych zmian nie raczył powiadomić. Przypadkiem trafiłam na obie stonki. A jak zauważyłam na głos, że wypadałoby powiadamiać o takich zmianach, to zostałam opierdolona, że żadnych zmian nie było i że co ja strzelam takie fochy i wcale nie muszę z nimi siedzieć. Bomba.
05.22.07
Biblia a biotechnologia
Zacznę od trzech wersetów (www.biblia.poznan.pl – biblia tysiąclecia, księga rodzaju, rozdział 1):
28 Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». 29 I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. 30 A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak.
Co to znaczy?
Najprostsze tłumaczenie, podawane dzieciom w przedszkolach i szkołach podstawowych mówi, że to znaczy, że świat został stworzony dla ludzi, dla nas. Żebyśmy z niego korzystali, żeby “był nam poddany” – my władcą świata, zwierząt i roślin, a one nam posłuszne.
Dobry władca dba o swoje królestwo. Nie ciśnie podatkami, nie kieruje się tylko swoim dobrem, ale też dobrem swoich poddanych. Nie dręczy ich. Nie zabija. Nie wykorzystuje ponad miarę.
Ten ostatni postulat został poniekąc złamany poprzez “Zieloną Rewolucję”, bo ona jest niczym innym jak wyciskaniem z ziemi i roślin czego się da i jakimi metodami się da. “Genowa rewolucja”, z drugiej strony, umożliwia roślinom wykorzystanie tego, co znajdą, ochrania je przez szkodnikami i tak dalej.
Można by ułożyć takie porównanie: pan folwarku Zielona Rewolucja przydziela swoim chłopom każdy kawałek ziemi, każde bagno, pustynię, wszystko co znajdzie w swoim majątku i każe im to uprawiać. Wyciągać z upraw jak największe zyski. Opryskuje ich smrodliwymi chemikaliami aby chronić przed wilkami. Pan folwarku Genowa Rewolucja znajduje chłopów, którzy potrafią uprawiać takie dziwne miejsca jak bagna czy pustynie. Ogradza pola kolczastym płotem w obronie przed drapieżnikami i szkodnikami. Dzięki temu rośliny same lepiej rosną, w końcu mają lepsze warunki.
Z tej perspektywy modyfikowanie roślin tak, jak się to robi w laboratoriach, czyli żeby były odporniejsze, silniejsze, mogły rosnąć w niesprzyjających warunkach, jest wręcz obowiązkiem wspólczenych ludzi. Mamy narzędzia by przystosować rośliny do obecnego świata, więc dla ich dobra to właśnie trzeba robić.
Disclaimer: jestem osobą wychowaną w katolickiej rodzinie, ale ja nie wierzę, odcinam się od takiego Boga, w jakiego oni wierzą. Prawdopodobnie chrześcijanką jestem, bo tego nie tak łatwo wykorzenić. Myśl przedstawiona tutaj przyszła mi do głowy w poniedziałek podczas seminarium o aspektach prawnych i etycznych biotechnologii roślin i była znacznie prostsza niż powyższy tekst
W przyszłości może poczytam więcej pod tym kątem i znajdę więcej argumentów.
05.16.07
Niesprawiedliwość?
Poczułam się dziś urażona, przez wykładowcę.
Profesor Marszałek jest świetnym naukowcem, dobrym pedagogiem i prowadzi bardzo ciekawe zajęcia. Więc tym bardziej mnie to dzisiaj zabolało. Ostatnie 3 seminaria i jeszcze jedno przyszłe poświęcamy na prezentacje piętnastominutowe, w których pomocami mają być kreda i tablica. Abyśmy się nauczyli przeżyć, jeśli zabraknie prądu, prezentacja się zepsuje albo cokolwiek. Prezentujemy artykuły z tematyki nie do końca nam znanej – biologia molekularna mitochondriów drożdży, ale to dziedzina profesora, więc on przynajmniej zawsze może służyć pomocą w przygotowaniach czy później podczas prezentacji.
Pierwsza mówiła Natalia. Prezentację miała niezłą, ale przekroczyła czas dwukrotnie. Tylko że była całkiem pierwsza i w tym momencie jest królikiem doświadczalnym, więc dostała 4. Potem ja miałam mówić, ale pomyliłam artykuły i przygotowałam ten co Natalia, więc moja prezentacja została odłożona. Więc jako drugi mówił Paweł. Paweł miał dobrą prezentację, tylko że rysował prawie same mało czytelne tabelki. Też dostał 4, całkiem zasłużone.
W następnym tygodniu była moja prezentacja, według ogółu świetna, zmieściłam się nawet łącznie z krótką dyskusyjką w 15 minut. To 15 minut wzbudziło największy podziw. Dostałam 4 (oceny dzisiaj podpatrzyłam). Jedyną wadą było to, że jednego eksperymentu nie zrozumiałam. Potem dobre prezentacje Basi, Adasia i Krzysia. Wszyscy dostaliśmy po 4.
Dzisiaj pierwsza mówiła Kaja. Za dobrą prezentację dostała 4+. Potem mówił Marek, po Marku Ania. Ania też dostała 4+. Marek przez 15 minut zanudzał nas opowieścią o tym co to jest ferrytyna, kolejne 15 minut tłumaczył na jakie pytanie odpowiada artykuł a następne 20 minut ględził o doświadczeniach. Po 40 minutach jego prezentacji profesor kazał mu przejść do wniosków, ale niezrażony Marek ględził dalej. I dostał 4.
To samo co ja. On, który wczoraj o 22 zaczął czytac artykuł, mało co z niego rozumiał, dostał za trzykrotne przekroczenie czasu taką samą czwórkę jak ja za prezentację przygotowywaną przez tydzień, zajmującą dokładnie wyznaczone 15 minut.
Czuję się naprawdę źle, czuję się olana, niedoceniona, po prostu cholernie urażona. Bo mi się należy coś lepszego niż jemu. Już nawet nie mówię o tym, że mam coś w rodzaju talentu do przemawiania (a mam) ale chociażby o trzymaniu się wyznaczonego czasu.
05.15.07
Burza
Wczoraj, wbrew słowom mojej mamy a zgodnie z przewidywaniami prognoz, było zarówno bardzo gorąco jak i wściekła burza.
Co prawdza cały dzień było gorąco a burza zaczęła się około 22, ale była porządna, z mnóstwem grzmotów, długą ulewą itd. Po raz pierwszy od dłuższego czasu była taka duża burza i po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam się tak bezpieczna. Tak bardzo bezpieczna, że to poczucie bezpieczeństwa wzbudzało we mnie jakąś satysfakcją i radość. Trochę dziwne połączenie w obliczu szalejącego żywiołu.
Kiedy zaczęło błyskać, oglądaliśmy w łóżku film. Po pół godzinie bysków Tadeusz zauważył, że coś się święci, wyjrzał przez okno i się mocniej do mnie przytulił. Ulewa zaczęła się jakieś 15 minut po tym, jak skończył się film i chwilę porozmawialiśmy o tej burzy. Tadek nie chciał, żebym odnosiła komputer do dużego pokoju, nie chciał mnie puścić nawet do łazienki. Powiedział, że burza wyzwala w nim instynkty pierwotne, co ja przetłumaczyłam jako chęć zwinięcia się w kłębek w jakimś spokojnym i osłoniętym miejscu, bo mniej więcej tak się zachowywał.
Na nie zaś ten dom działa zupełnie inaczej. Czuję się pewnie, bezpiecznie. Nawet z całą znajomością fizyki i klatek Faraday’a nigdy tak się nie czułam w samochodzie. Nigdy tak bezpieczna nie czułam się w rzadnym innym domu. I od dawna nie widziałam takiej burzy.
Czuję się szczęśliwa z tego powrotu. Mieszkanie coraz lepiej wygląda, dziś tato wyniósł większość narzędzi, które do wczoraj zalegały w szafce obok biurek (i doprowadzały mnie do szału, bo chciałam szafkę zagospodarować a nie chciałam ruszać tych dziwnych maszyn).
Rozpakowałam wreszcie ściągniętego z miesiąc temu Dario G. Dobrze jest tego znów posłuchać w przyzwoitej jakości a nie ze zjechanej taśmy. Drugą taką taśmą, którą muszę zastąpić jest pierwsza płta Lighthouse Family. Nawet zastanawiam się czy by nie poprosić High jako naszej pierwszej piosenki na weselu.