12.27.07
Rok
Tego bloga jak widać udało mi się utrzymać już rok. Bardzo nieregularnie ale jednak.
Bardzo dla mnie ważny rok. Powrót z Finlandii, ślub, zbliżający się koniec studiów, praktyki, zaręczyny Ani, wyjazd na narty po raz pierwszy od liceum, własne mieszkanie.
Czuję potrzebę pisania, ale o dziwo nie wiem o czym. Zazwyczaj jest odwrotnie, mam o czym pisać, ale z lenistwa tego nie robię, czasem nawet wyobrażam sobie tekst do napisania. Mam na ten rok 4 kalendarze. Dwa ścienne, dwa książkowe. Jeden ścienny co roku dostaję od NG. Jeden dostałam na Gwiazdkę od mamy, z Muchą. W związku z tym będę musiała wymyśleć nowy haczyk na kalendarz. Mam mały kalendarz z Centrum Handlowego Osowa, w listopadzie była jakaś zdrapka i większość ludzi wygrywała kalendarze, ja wygrałam kalendarz i bon na 20zł. Mam też dosyć duży kalendarz kupiony na wystawie Muchy w Warszawie, taki z jedną ryciną na 2 tygodnie i szeroką gumką do zamykania. Oba są fajne, ale nie do końca wiem jak mogłabym używać obu na raz. Na razie w tym z Muchą zapisałam, że wczoraj byliśmy w kinie na Zabójstwie Jesse James’a (nuuuudy) a dzisiaj zmieniłam pościel. W tym z centrum handlowego zapisałam termin zaliczenia z transgenezy, datę spotkania u Agatki oraz planowaną imprezę sylwestrową. Co sprawia że ten pierwszy jest kalendarzem tego co było a ten drugi tego co będzie.
Może jakieś postanowienia noworoczne? Przez listopad zapisywałam co jem, mogłabym wrócić do tego zwyczaju.
12.19.07
Knajpa w okolicy Szczecina
Jeśli ktoś szuka miejsca, żeby dobrze zjeść niedaleko Szczecina – serdecznie polecam. Adres: http://www.karczmapodkogutem.pl/
Jak tam trafić: jadąc na trasie Berlin – Szczecin – Gdańsk, niedaleko po odejściu drogi na Świnoujście jest stacja Orlenu. Mijamy ją, jedziemy jeszcze około pół kilometra i skręcamy przy znaku. Mniej więcej w tej okolicy: http://maps.google.com/?ie=UTF8&ll=53.45862,14.789829&spn=0.056828,0.149689&z=13&om=1
To była krótka opinia, teraz długa:
Wracaliśmy późnym popołudniem z planem zjedzenia obiadu już w Polsce. Mamy jedną znaną knajpkę, nie jakąś super, ale znośną, więc rodzicie postanowili wypróbować coś innego. Stanęliśmy na stacji Orlenu, ale szybko wsiedliśmy z powrotem do samochodu – rodziców odstraszył tłum ludzi, mnie smród papierochów a Tadka grill. Chwilę później zobaczyliśmy znak i skręciliśmy do następnej knajpki. Droga była wąska, nieoświetlona i w ogóle wyglądało to na koniec cywilizacji, ale dotarliśmy na parking i weszliśmy do Karczmy Pod Kogutem.
Z powodu okresu świątecznego w tle leciały kolędy, wystrój był choinkowy, jakieś puste skarpety na kominku i czerwona czapka na głowie dzika. Knajpka ma piętro, ale pozostaliśmy na parterze i w mojej opinii to był mały błąd. Na parterze znajduje się toaleta i mnie trochę przeszkadzał zapaszek odświerzacza do toalet. Mama od razu usiadła na ławce na baraninie a my na krzesłach dokoła stołu.
Menu nas rozbawiło – dania miały nazwy rymowane, do pewnego stopnia oddające naturę potrawy (na szczęście pod spodem był podpis co to tak naprawdę jest i zdaje się, że kelnerka też tylko te podpisy kojarzyła, bo tato zamówił coś cytując wierszyk a ona nie wiedziała czego on chce). Ceny 25-40zł, trochę wyższe za dania z królika. Porcje mają podaną gramaturę, więc nie wzięliśmy zupy (mięsa 100-200g, 200g frytek/ziemniaków, 200g surówek). Zamówione dania dostaliśmy (wg mamy podejrzanie) szybko. Mama schabowego, ja warkocz z wołowiny z sosem serowym, co mężczyźni brali nie pamiętam. Nie zamawialiśmy nic do picia, ale w połowie jedzenia kelnerka przyszła i podała nam po pół lampki białego wina. Później, jak skończyliśmy dostaliśmy też po kawałku szarlotki, również nie zamówionej. Rachunek wyniósł 136zł (z napiwkiem 150zł) za posiłek dla 4 osób, nie było do niego wliczone ani wino ani ciasto. Tata zapytał czy mogliby dostać kawę do termosu i nie było z tym problemu.
Obsługa była bardzo miła i szybka. Ceny rozsądne. Klimat świetny. Rozpieszczanie winem i ciastem było dla mnie nienaturlne, ale biorąc pod uwagę lokalizację knajpy, jej obsługa nie może sobie pozwolić na tracanie tych klientów, którzy zawitają tam przypadkiem (jak my) i rzeczywiście nas wygrali całkowicie.
Drzwi toalety damskiej miały ślady zmieniania zamka a nowy zamek miał elementy na różnej wysokości, przez co nie dały się zamknąć (co tak naprawdę nie było problemem zważywszy na to, że byliśmy na parterze jedynymi gośćmi).
Kiedy kelnerka przyniosła wino, mama ją zagadnęła, że tata jest kierowcą i w związku z tym nie pije. Kelnerka podchwyciła rozmowę i zeszła na kwestię wieku mojego i Tadka. Mama powiedziała jej, żeby spojrzała na nasze donie, więc ja posłusznie wyciągnęłam dłoń z obrączką, na co kelnerka zaczęła się śmiać, że widocznie jeseśmy znacznie starsi niż wyglądamy, bo młodzi ludzie teraz długo czekają ze ślubem. dla mnie to było krępujące, ale mama chyba świetnie się bawiła plotkując z kelnerką.
PS. Właśnie sprawdziłam stronę internetową i ona jest o innej knajpie pod tą samą nazwą. My nie wjeżdżaliśmy do miasta a pudełko zapałek, które wzięłam na pamiątkę ma napisane “Karczma Polska pod Kogutem Kliniska Wielkie”
12.03.07
Kogel-mogel
Adaś kiedyś, jak się uczyliśmy do sesji, zrobił sobie kogel-mogel. Wziął dwa żółtka, dwie łyżeczki cukru (z górką) i pracowicie to ucierał łyżeczką. Potem się z wszystkimi dzielił, bo, jak mówił, to była dla niego za duża porcja. Na moje pytanie, czemu nie zrobi tego mikserem, odpowiedział, że mikserem to po prostu nie wychodzi.
Rzeczywiście jak się tak po prostu próbuje utrzeć żółtko z cukrem w mikserze, czy to na kogel-mogel czy przy robieniu deserów, np. tiramisu, najlepsze co się uzyskuje to żółta, lejąca się breja a nie puszysty jasny krem.
Z resztą jak moja mama pierwszy raz robiła tiramisu, to ja trzymałam miskę a ona berłem ucierała żółtka.
A po odrobinie eksperymentowania zaś doszłam do tego, że mikserem się da. Nawet całkiem łatwo.
Po pierwsze, trzeba to robić w szklance. Szklance o średnicy niewiele większej niż jedna łopatka miksera.
Do szklanki wrzucić można zółtek co najwyżej do połowy wysokości szklanki, standardowe na kogel-mogel zajmują tylko trochę miejsca na dnie.
Cukier musi być kryształ. Mama żółtka na tiramisu ucierała z purdem, ale puder nie wchodzi tutaj w grę, musi być kryształ.
No i samo miksowanie – jedną łopatką (druga i tak się nie zmieści do szklanki), na najniższych obrotach. Około minuty albo “aż będzie dobre”.
W pewnym momencie mojego życia mama przestała robić kogel-mogel, zdaje się, że miało to związek z salmonellą, którą na szczęście się nie zakaziłyśmy. Obecnie jajka są bezpieczne, nawet te ze sklepu bardziej niż prawdziwe wiejskie (do których mam szczęście mieć dostęp).