05.04.09
Poród
Na wieczną pamiątkę.
Ostatnie dni przed porodem miałam wyjątkowo paskudny humor i dopiero w piątek zaczęło się poprawiać. Piątkowa noc jednak chciała mi go znowu zepsuć – oboje nie mogliśmy zasnąć i koło północy wzięłam wreszcie proszka nasennego. Obudziłam się przed 2, czując co jakiś czas niezbyt intensywne skurcze. Nie chciało mi się liczyć czy są regularne czy nie, bo w końcu od kilku dni już się takie skurcze zdarzały i nigdy nic z tego nie wychodziło. Ale skoro już nie spałam, to postanowiłam pójść do toalety. Obróciłam się na drugi bok i poczułam, że coś ze mnie cieknie. “Co jest? przecież ja nie miałam żadnych problemów z nietrzymaniem moczu” pomyślałam, ale kiedy wstałam i porządnie ze mnie chlupnęło, tak że zaczęło ciec po nogach, to przyszło mi do głowy, że może to wody (w każdym razie nie zamoczyłam łóżka ). Z zaciśniętymi udami doszłam do łazienki, przy każdym kroku czując kolejne chlupnięcie. Stanowczo nie pachniało to moczem, było całkiem przejrzyste i białe, nie jak mocz no i chlupanie na wszystkie strony nie przeszkadzało siusianiu. Opłukałam się pod prysznicem, wzięłam nowe gatki i podpaskę i upewniłam się, że Tadek nie śpi (zwykle się budził jak wstawałam do toalety). Tadek się trochę zaniepokoił, ale szybko ustaliliśmy, że tylko dzwonię po mamę (bo miałam rodzić z mamą a nie z Tadkiem) i nie budzimy dziadków. Ginekolog kazał w przypadku odejścia wód od razu jechać do szpitala, więc jeszcze nie zawracałam sobie głowy mierzeniem skurczy, chociaż czułam, że są. Po telefonie do mamy dopakowałam torbę i usiadłam na chwilę do komputera, między innymi po to, żeby pomierzyć skurcze.
Mama przyjechała koło 2.50 i migiem, jak to w środku nocy, dojechałyśmy do szpitala. Odchodzenie wód było na tyle oczywiste, że na IP tylko zmierzono mi ciśnienie i upewniono się, że to wody. Mama dostała zielone wdzianko i zaprowadzono nas na korytarz traktu porodowego, gdzie stały dwa niskie, stare foteliki. Według mamy były koszmarne, ale dla mnie były cudowne. Miałam skurcze co 2-3 minuty i dosyć silne – jeśli bym się uparła, to mogłabym mówić w trakcie skurczu, ale to by wymagało naprawdę dużo silnej woli. Wtedy zrobiono mi wywiad a z sali numer dwa wywieziono młodą mamę. Po niezbędnych porządkach, koło 4 rano wprowadzono mnie tam i podłączono do KTG. Na KTG pokazały się 3 skurcze przy podstawowym napięciu na macicy koło 40 po czym napięcie spadło a skurcze prawie umilkły.
Mama miała ze sobą książkę do poczytania na głos, żeby jakoś zająć nam czas. Wzięła pierwszy tom Herriota, a kto czytał ten wie, że pierwszy rozdział pierwszej książki jest o dosyć trudnym (ale z perspektywy czasu zabawnym) porodzie krowy… W każdym razie skoro skurcze mi się uciszyły, to postanowiłam się zdrzemnąć. Około 8 rano zostałam wreszcie zbadana – rozwarcie 2,5 palca, pół drogi. “Połowa drogi, zakończymy tą imprezę pewnie wczesnym popołudniem” się pocieszyłam nie dopuszczając myśli, że to ta lżejsza połowa za mną.
Tymczasem skurcze zaczęły nabierać znowu mocy i wróciły do częstotliwości około 4 minut. Ja powoli traciłam panowanie nad sobą i zamiast porządnie oddychać przy skurczach jęczałam. Położna stwierdziła, że hiperwentyluję i w ogóle nie współpracuję i podała mi tlen a jak trochę się uspokoiłam i zaczęłam lepiej panować nad sobą, wygoniła pod prysznic. Pod prysznicem przesiedziałam trzy skurcze – genialnie pomógł na złagodzenie pierwszych dwóch, ale jak kolejny wrócił do swojej mocy, to uznałam, że dosyć moczenia się, lepiej pochodzić, bo chodzenie też jakoś sprawiało, że były znośniejsze. Podobnie siedzenie na foteliku na korytarzu było ulgą. Niestety nie mogłam chodzić zbyt długo, bo (prawdopodobnie z powodu niskiego cukru) pod koniec każdego skurczu i pół minuty po tym jak ustąpił ćmiło mi się w oczach i czułam że mogę zemdleć.
Przy tamtym badaniu o 8 poprosiłam o coś przeciwbólowego i mniej więcej godzinę później dostałam zastrzyk do wenflonu. Mama mówi, że pomogło, ja tam różnicy nie czułam. Około 11 dostałam jeszcze antybiotyk, bo minęło 9 godzin od odejścia wód i zaczęły się skurcze, w których oprócz zaciskać wszystkie mięśnie miednicy chciało się powoli też przeć. Rozwarcie 4 palce.
Skurcze miały dziwną budowę, jakby z dwoma wierzchołkami i ten drugi przeradzał się w skurcz party. Przestało kręcić mi się w głowie, jakby mój organizm znalazł jakąś dodatkową porcję cukru. Około 11.30 położna stwierdziła, że pomiędzy skurczami mam pełne rozwarcie, ale w trakcie skurczu mały kawałek szyjki macicy jest jeszcze twardy. Kłaść się na bok i nie przeć, zmiana boku co 5 skurczy. Po pół godziny takiej męczarni zaczęłyśmy ostrożnie przeć – trzy skurcze z parciem, trzy na boku.
Położna stwierdziła, że na 12 się nie wyrobimy, ale na jej oko przed 13 zdążymy. Słabym głosem pytam a która jest godzina. 11.50. Rozbawiło mnie to.
Niestety na plecach ja nie bardzo czułam parcie i o ile skurczu spokojnie by starczyło na 4 parcia, ja przez połowę pierwszego przypominałam sobie co i w którą stronę mam przeć a po trzecim byłam już tak wyczerpana, że odmawiałam czwartego parcia. Po chyba drugim skurczu partym nagle poczułam jakby mi ktoś chciał wyrwać miednicę bokami. Ryknęłam wniebogłosy i przez kilkanaście sekund tak wyłam i ból był tak okropny, że nie byłam w stanie powiedzieć ani chociaż wskazać co boli. Po następnym podobnym skurczu, ale ze znacznie łagodniejszym bólem bioder na koniec wymyśliłam, że właśnie ten ból to jest to parcie którego nie czuję normalnie. Najpierw długi, narastający zwykły skurcz a jak zacznie ustępować to równie narastający ból bioder. Położna kazała zaczynać przeć w szczycie skurczu, to ja odczekiwałam aż ból bioder będzie prawie nie do wytrzymania i wtedy zaczynałam przeć.
Nie wiem kiedy szyjka puściła, bo “zabawę” w trzy skurcze parte i trzy na boku kontynuowaliśmy dalej. Koło 13 zapytałam, jak długo trzeba mnie tak męczyć zanim mnie ciachną. Położna na to, że co ja się nastawiam na cięcie, a ja że nie nastawiam się, ale kończą mi się siły i ja już długo tego nie wytrzymam. Położna powiedziała, że problem jest taki, że po każdym skurczu dziecko wraca dokładnie tam gdzie było i zawołała lekarza. Lekarz przyszedł, stanął u mojego boku i przy najbliższym parciu z zaskoczenia wbił mi z całej siły swój łokieć pod mostek. Oczywiście po to, żeby pomóc przesunąć dziecko w dół, ale mnie to po pierwsze zaskoczyło a po drugie zabolało i w tej sytuacji trudno było przeć. Ale w końcu coś ruszyło, nawet ja to poczułam.
Lekarz sobie poszedł, położna szybko podstawiła wielką michę i jak tylko zaczęłam przeć przy następnym skurczu ciachnęła. Ja ryknęłam i przestałam przeć, bo ból wziął mnie z zaskoczenia i był podobnie koszmarny jak tamten pierwszy ból bioder. Położna, machając mi nożyczkami przed oczami (szybka myśl – ona nie skończyła ciąć) kazała mi przeć a nie się drzeć. W sumie nawet jakbym chciała nie przeć, to nie bardzo było jak. Z wizją tych jej nożyczek zaczęłam drugie parcie i nagle to samo! ciach i ryk! Ból ciachnięcia już troszkę bardziej spodziewany ale nadal przemożny. No ale dobrze, trzecie parcie. Tym razem trach! (i ryk oczywiście też) Zawzięłam się w sobie, że mam już dosyć i to naprawdę końcówka, więc na ustępującym skurczu jeszcze czwarte parcie i wtedy właśnie wyszła główka. Położna wyciągnęła małemu ramiona a ja wyłam z bólu. Kazała przeć, ja żadnego skurczu nie czułam, ale co mi tam, zobojętniałam na wszystko bo wiedziałam, że maleńki już prawie jest ze mną, więc parłam. Wyszły nóżki i chluuup wszystko co było jeszcze do chlupnięcia.
Mama przecięła pępowinę, położyli mi go na brzuchu i błyskawicznie przestał płakać. Ja go głaskałam, przytulałam a położna coś mi tam gmerała. Po chwili kazała przeć, więc ja podobnie jak z ostatnim parciem, pogodzona z losem i obojętna na wszystko prócz tego małego cudu, wyparłam łożysko. Plotłam trzy po trzy, że nic już nie boli (no dobra, oprócz ciachnięć i pęknięcia) a jak zabrali małego do mierzenia i ważenia to zaczęłam sobie macać, jaki mam fajny wklęśnięty i miękki brzuch.
Hasłem przewodnim porodu było: ja poproszę pół godziny przerwy. Tak dla odetchnięcia i nabrania sił.
W jakimś momencie położna tą swoją wielką michę strąciła i wszystko co tam było rymsnęło na ziemię a moja mama zaczęła się śmiać, że tego to nie my nabałaganiłyśmy Podsumowując – 11 godzin to z tego co wiem dosyć średni wynik, ale takie półtorej godziny bezskutecznego parcia było straszliwie męczące. Oszczędzono mi bólów krzyżowych, chyba tylko parę skurczy wlazło mi też w plecy a tak to wszystkie w brzuchu. No i jak USG genetyczne pokazało datę 18 kwietnia, tak urodziłam 18 kwietnia
09.17.08
63 dc
Lekarz stwierdził, że wszystko ok, mam nowe zdjęcie z USG (a nawet dwa)
Tadek dzisiaj przy obiedzie stwierdził (na moje, że jeśli miałabym zachcianki to od miesiąca i jeszcze przez miesiąc), że jestem zbyt dobrze wychowana aby mieć zachcianki.
Zaraz potem za to chciał, żebym zrobiła mu kawę, a jak odmówiłam, to zagroził złymi skutkami dla jego plemników. Bo w końcu jedno dziecko mi nie wystarczy, prawda? Ja na to, że Jak nie jego, to czyje inne plemniki i będę miała więcej dzieci. Tadek zaczął mnie dźgać palcem i w ogóle wyrażać oburzenie aż się uśmiałam. Bo w sumie ja czasem reaguję bardzo podobnie jak on coś głupiego palnie. Tadek na tą refleksję stwierdził, że widocznie pewne tematy są “touchy”.
09.16.08
62 dc
Jutro wizyta u lekarza.
Po schudnięciu 2,5kg waga mi się ustabilizowała. I to tak bardzo intensywnie, zmienia się najwyżej 0,1kg dziennie a przecież wcześniej normą była zmiana 0,5kg w dowolną stroną w jeden dzień…
Piszę poprawki i piszę. Końca nie widać. Co więcej, na razie głównie poprawiam flow i treść akapitów a nie dodaję cytowania. Znalazłam ciekawostkę – artykuł, na który mnóstwo ludzi się powołuje, wydrukowany ponoć w 2000 roku w piśmie nie wydawanym od 1974 i którego autor mówi, że nigdy takiego artykułu nie było…
Po raz pierwszy od tygodni wypiłam filiżankę herbaty. I dostałam czkawkę.
08.29.08
44 dc
Słucham dzisiaj Green, najwięcej World Leader Pretend. Od jakiegoś czasu ta piosenka mi się wgryza w głowę i nie chce opuścić. Dreszcze przechodzą.
Patrycja zachowuje się ostatnio dziwnie. Cały czas na mnie krzyczy, zniechęca do jakiejkolwiek pracy, poniża itd. Nie wiem, co chce tym osiągnąć, boję się wiedzieć. Dzisiaj wyśmiała mnie, jak powiedziałam, że mam nadzieję skońćzyć pracę do 21 września. Moja nadzieja, moje oczekiwania, co jej do tego? Naprawdę przestałam rozumieć o co w tym chodzi. Poucza mnie, że mam napisac jakieś tam podanie, czyta jego nazwę z kartki, a ja ją uświadamiam, że jedno takie podanie już napisałam i ona je podpisywała…
Z innej strony byłam dzisiaj w Vogele, kupiłam sobie dwie pary spodni (jak zwykle na jesieni), białą bluzkę, jakieś buty (były za 50zł… jak mogłam nie kupić? Co z tego, że rozglądałam się za butami na niewysokim obcasie a te są całkiem płaskie). Teren wokół Ikei jest coraz bardziej rozkopany, już w zasadzie nie da się tam przejść. Nie wiem nawet gdzie obecnie jest wejście, znalazłam tylko wyście.
Mama pytała mnie rano, kiedy dokładnie mam wizytę u lekarki, powiedziałam, że 2 września o 7.45 rano. Mama zażądała, abym zaraz po wyjściu z gabinetu zadzwoniła, bo oni jeszcze pewnie będą w Polsce. Że powiedziała tacie, a tata uznał, że będzie się cieszył dopiero jak maluszek się urodzi. Mama mówi, że tata bardzo się cieszył z Ani ciąży i bardzo przeżył jej poronienie. Po powrocie z miasta złapałam tatę i powiedziałam mu, że domagam się, aby z mojej ciąży cieszył się co najmniej tak samo jak z Ani. Że nie zgadzam się na jego izolowanie się i w ogóle, jak Ania miała pierwszy okres to dostała kwiatka a ja nie (bo ja dostałam w przeddzień wyjazdu na narty). Tato twierdzi, że dostałam, ale ja tego nijak nie pamiętam. Pamięam, że dostałam kwiatka kilka dni po Ani.
Czuję się dobrze, tylko wciąż nie umiem znaleźć sobie nic dobrego do jedzenia. Na śniadanie zjadłam resztkę wczorajszej pizzy, ledwo ją przełknęłam. Dzisiaj w ogóle nie jadłam obiadu, nie miałam na to ochoty. W ogóle jakby nie te sensacje jedzeniowe to bym zapomniała, że jestem w ciąży.
Zrobiłam listę rzeczy jakich takie małe dziecko potrzebuje od pierwszych dni życia i wychodzi tego sporo. Sporo pieniędzy również. Myślę, że jedną z rzeczy, które powinnam znaleźć szybko ale kupić późno jest wózek. Szukanie wózka z brzuchem pełnym dziecka jest bez sensu, bo nie ma jak się domyślić jak ten wózek będzie zachowywał się przy mniejszym brzuchu. Szczególnie, że ja z natury jestem gruba i i tak może być dla mnie problem znaleźć wózek, nad którym nie musiałabym się cały czas pochylać żeby go popychać.
08.25.08
40 dc
Od kiedy zrobiłam test bardziej wiem niż czuję że jestem w ciąży. Jedyne dolegliwości jakie mam, to żołądkowe (mogę na raz zjeść tylko bardzo mało, różne rzeczy mnie drażnią) no i bardzo wrażliwe brodawki. Nie mam porannych nudności, opuchnięć ani innych rozrywek opisywanych w książkach czy na stronach o ciąży.
Tadek coraz bardziej się przyzywczaja do tej myśli, a dla mnie jakoś ciąża przestaje być realna. Tylko czasem się zastanawiam, jak to będzie z moimi studiami. Bo w końcu termin sobie wyliczyłam w samym środku drugiego semestru, więc albo pójdę na dziekankę (czy można robić 1 semestr, potem 3 a potem na przykład razem 2 i 4?), albo wykładowcy pozwolą mi zaliczać już w połowie semestru (bo w połogu na pewno nie będę miała do tego głowy ani siły)… W każdym razie pomysł robienia studiów w 2 lata upadł. Po prostu się nie da, co najwyżej mogę sobie coś zaliczać awansem.
Mamie Tadka powiedziałamjak staliśmy w kolejce do składania życzeń. Tadek powiedział kilku osobom na weselu. Ale moim dziadkom jeszcze nie. Mama mówiła, że trzy razy zmokła przed weselem i źle się czuła, więc zmyliśmy się dosyć szybko i już o 23 byliśmy w Pasymiu. Włączyłam na maksa grzanie w samochodzie i ponoć było przyjemnie. Jak mi się zrobiło za ciepło to trochę skręciłam. Wieczorem jeszcze powiedzieliśmy Agacie i Krzysiowi. Przez noc w ogóle nie mogłam spać, nie wiem czemu. Zawsze źle śpię w Pasymiu, ale tej nocy wyjątkowo. Wiem, że się zdrzemnełam dwa razy, szacuję że 4-4.30 i 6-6.50.
Rano mama wzięła nas do piwnicy i pokazała łóżeczko. Powiedziała, że jeśli go nie weźmiemy, to ona wyrzuci tapczanopółkę i tam postawi. Łóżeczko jest wielkie i stare. Mama mówi, że ma 55 lat, ale ostatnie 20 stało w piwnicy. Wcześniej wychowywało mnóstwo dzieci i tylko materacyk trzeba kupić. Materacyk chyba na zamówienie, bo jeśli to łóżeczko ma wymiary 140×100cm, to jest za szerokie jak na łóżeczko małego dziecka (łóżeczka dla niemowląt mają chyba 120cm długości). Już kiedyś miałam materac robiony na zamówienie.
Spakowaliśmy się, wzięliśmy dynię i pojechaliśmy. Do końca Olsztyna prowadziłam, tam na shellu nabraliśmy trochę paliwa i kazałam Krzysiowi siadać za kierownicą. Bo ja bym zasnęła. Krzyś dojechał jakoś do Gdańska, mimo iż początkowo w swoje możliwości nie wierzył. W domu zrobiłam obiadek, dziadkowie zaprosili nas na lody. Potem na kolację na jajecznicę z grzybami i tak sobie pomyślałam – strasznie często nas zapraszają, czyżby się domyślali i w ten sposób chcieli nam dać szansę na powiedzenie im? Ale ja już się nasyciłam opowiadaniem wszystkim i nie czuję na razie potrzeby mówienia dziadkom.
Do wieczora przeczytałam jeszcze pozostałe artykuły i dzisiaj zabrałam się do pisania kolejnych kawałków Introduction. Mam nadzieję, że uda mi się wypełnić mój plan i w środę zanieść połowę intro i nowe results Patrycji.
Tadek pewnie niedługo wróci… podgrzeję kurczaka, ugotuję nową porcję ryżu. I dalej będę pisać. Tadek mówi, że w pracy się mną pochwalił
08.23.08
Skoro już i tak wielu ludzi wie…
To powiem wprost: jestem w ciąży. stem niemożiwie wprost szczęśliwa, trochę drażliwa, bardzo uważna na to co jem.
Pani Endokrynolog dała nam zielone światło na staranie się o dziecko 7 dnia cyklu. Powiedziała, że wygląda na to, że cykle się unormowały, że leczenie hiperprolaktynemii trwa co namniej do pierwszego urodzonego dziecka i że jeśli chcemy mieć dzieci to powinniśmy się zacząć starać. Więc zaczęliśmy się starać, naśmiewając się z “harmonogramu” polecającego seks co drugi dzień, ale wypełniając go dosyć dokładnie.
Osiemnastego dnia cyklu wieczorem czułam pół godziny jakiś ból. Ból dosyć dokładnie zlokalizowany do lewego jajnika, a pan od USG mówił, że właśnie w lewym jajniku widzi jakiś pęcherzyk. Wzięłam głęboki oddech i nic nie zrobiłam. Nasz “harmonogram” mówił “nieparzyste dni cyklu”. ostatni raz zgodnie z harmonogramem kochaliśmy się 21 dnia… potem przerwy robiliśmy ciut dłuższe, czułam jak coraz mniej mi się chce seksu, jak to normalnie przed miesiączką…
Po czym 27 dnia cyklu po prostu wiedziałam. Nie mam pojęcia skąd się to uczucie wzięło, ale ja po prostu wiedziałam. Próbowałam sobie tłumaczyć, że to za wcześnie, żeby coś takiego wiedzieć, że nawet test ciążowy nic nie pokaże itd. Ale byłam wtedy w Auchan i kupiłam “W oczekiwaniu na dziecko”. Wieczorem poczułam znowu chęć seksu. Jakbym dopiero co skończyła miesiączkę. Dwa dni później powiedziałam Tadkowi, że mam takie uczucie i że właśnie kupiłam test. I że nie wiem, jak wytrzymam bez robienia tego testu.
Postanowiłam na każdy miesiąc zdobywać jedną rzecz dla dziecka. Żeby nie za dużo, nie wszystko na raz, ale jednak móc się cieszyć tym, że wciąż mam coś nowego. Za pierwszy miesiąc książka. Za drugi miesiąc… łóżeczko. Tak, jak powiemy mamie Tadka, a jedziemy tam właśnie dzisiaj, to przy okazji zabierzemy to legendarne łóżeczko. Łóżeczko jest ponoć dębowe, ma co najmniej 50 lat i wychowało co najmniej 5 dzieci. Ponoć mama spała w nim raz nawet jako dorosła osoba, bo łóżeczko ma 140cm długości a mama jest niska. Łóżeczko ponoć oryginalnie było białe, od 20 lat leży w piwnicy złożone. Trzeba je będzie odnowić, pomalować. Tyle o nim słyszałam, że naprawdę chcę je wreszcie zobaczyć.
29 dnia cyklu zasugerowałam też Aniołkowi. Aniołek jest farmaceutą, więc bardzo szybko rozgryzł żaluzję.
W sobotę, 30 dnia cyklu, dnia który powinien być ostatnim mojego cyklu (takie mam od dwóch miesięcy i to w sumie podobna długość do moich cyklów z 2 klasy liceum) zrobiłam test. Różowa linia przebiegła cały pasek, zaczęło być widać kontrolę a na teście nic. Lekko zawiedziona (no w końcu jest dopiero 30 dzień cyklu, jeśli liczyć owulację 18 dnia, to to jakiś 11-12 dzień od zapłodnienia) umyłam ręce, kubeczek, wracam do parapetu, przyglądam się uważnie. Coś tam jest! Z całą pewnością coś tam jest! jest cień, różowawy, szerokości takiej samej jak kontrola. To stanowczo nie wygląda tak jak moje poprzednie negatywne testy! Kilka głębokich oddechów, zostawiłam test na parapecie, wzięłam wszystkie śmieci, wyrzuciłam, wracam do łóżka i mówię Tadkowi, że coś tam jest. Niedużo, ale jest. I że ja wiem na poziomie niemlaże molekularnym jak taki test działa, więc to jest na pewno pozytywny wynik.
Pierwszą oznaką, jaką zauważyłam, to była wielka ochota na seks. Tylko na początku cyklu mam ochotę na seks niemal codziennie, a teraz mam ją od dwóch tygodni. Inaczej odczuwam seks.
Jednego dnia miałam mdłości. Od śniadania do 12. Potem tydzień sraczki. Chyba udało mi się wreszcie tę sraczkę opanować. Bolą mnie brodawki sutków. A może nie tyle bolą, ile są diablo wrażliwe.
A wizyta u lekarki dopiero 2 września… pod koniec 7 tygodnia. Ania mówi, że to późno, a położna chciała mnie umówić jeszcze tydzień później. Mamie powiedziałam kilka dni temu. Doszłam do wniosku, że się domyśliła i nie omyliłam się (w końcu mama wiedziała, że mamy od pani doktor zielone światło).
No a dziś jedziemy na ślub Wiolety i Krzysia, którzy mają córeczkę gdzieś tak półtoraroczną. Dosyć szybko się urwiemy, pojedziemy z Mławy do Pasymia, rano powiemy mamie, koło 10-12 pewnie wyjedziemy, bo Agata z Krzysiem chcą o tej porze wracać. Krzysio będzie prowadzić mam nadzieję. Mi się od kilku dni strasznie nie chce jeździć samochodem.