08.11.09
Kurwa
Kurwa kurwa kurwa
40 minut noszenia go, prób karmienia a ten kretyn wszystko wyrzygał na mnie. Na tą mojąbluzkę którą bardzo lubię a którą on zawsze obrzyga w 5 minut od kiedy ją założę. A potem się chce bawić w kąpieli drań jeden. Niedoczekanie.
A drugi piździelec teraz herbatę zrobił. Trzy godziny po tym jak proponował. Już lepiej by jej w ogóle nie robił bo tak to mam ochotę go zagryźć.
07.27.09
Zło
Długość zła określamy przez zmierzenie odległości pomiędzy palcem wskazującym a małym danej dłoni, podczas gdy palec środkowy i serdeczny są złożone.
07.22.09
Poranek
Jacek śpi. Chyba tak juz zosanie, że będę pisać, jak on będzie spać. Zjadł, zasnął, nawet nie odbił, więc położyłam go na boku z pieluszką.
Wstępnie zapisałam go na pływanie wczoraj. Umówiłam kontrolę stawów biodrowych. Zrobiłam jego pranie. Wyprasowałam jego i nasz rzeczy. Zrobiłam zakupy i garść pierogów dla Tadka na dzisiejszy obiad w pracy. W sumie dosyć pracowity był wczorajszy dzień. Tylko jak przy takim stopniu pracowitości mam się uczyć (bo już zaczęłam się uczyć do września)? Mam pewne wątpliwości, czy wybranie egzaminu z lektur a nie z notatek z wykładu było dobrym wyjściem. Niby to tylko dwie książki, 1/3 trzeciej i parę rozdziałów z czwartej, ale nie wiem ile mi to zajmie. Tym bardziej, że mam pełno innych ciekawych rzeczy do czytania
07.20.09
Relaks
Jacek śpi. Już dosyć długo, chyba wreszcie zaczyna mu wychodzić przesypianie lekkiego snu. W ogóle staram się dzisiaj żyć powoli, leniwym tempem (bo nie leniwie). Zrobiłam pranie, zakupy, obiadek. Zdjęcia kolejnych 10 rzeczy do wystawienia a allegro, ale nie wiem, czy jeszcze dziś wystawię. Dzwoniłam do szkoły pływania ale nikt przez cały dzień nie odbierał, tylko sekretarka ciągle swoje “dyżur telefoniczny w godzinach 10-14″. W końcu po 14 nagrałam się, żeby albo odbierali te telefony albo zmienili nagranie i że mają do mnie zadzwonić. Shall see.
Czytam Annę Kareninę, zajadam groszek i poziomki. Chyba znowu jakieś pomidory dojrzały. Muszę jakoś ograniczyć sobie obżeranie, bo od 11 do 14 praktycznie cały czas coś żułam. Zastanawiam się, czy jeśli wystawiępojedyncze numery Świata Wiedzy to znajdą nabywcę. Na pewno jest na to większe prawdopodobieństwo niż na niekompletną kolekcję.
07.07.09
Takie różne
Jacek leży na macie i próbuje złapać żyrafę albo biedronkę. Próbuje od półtorej godziny, więc pewnie niedługo położę go spać. Dzisiaj rano zaskoczył mnie trochę tym, że obrócił się z brzucha na plecy. Jak miał 2 tygodnie to udawało mu się to regularnie, ale głównie dlatego, że mocno i w sposób nieskoordynowanych machał głową. Teraz wie, że ma ręce, że może się na nich podeprzeć, wie że ma nogi dzięki którym może się obrócić z pleców na bok i odwrotnie, więc sądzę, że to był świadomy obrót na plecy.
W ogóle to on będzie szybko pełzał, raczkował czy przemieszczał się w jakiś swój sposób. Tak naprawdę już umie wykorzystać w pewnym stopniu obracanie się na bok i na plecy do przemieszczania się (głównie obrotu wokół osi).
Wciąż przymierzam się do napisania do niego listu. Przecież tak wiele zdążę zapomnieć zanim mu opowiem. Na pewno nie zapomnę wyjścia ze szpitala. Tego, że cały świat się zmienił nie tylko dla mnie, ale w ogóle. Tego, że kiedy jechałam do szpitala w radio grali Hydropieklowstąpienie a drzewa były gołe podczas gdy wychodziłam, wszędzie było pełno kwiatów i liści.
05.03.09
Ciężka noc
Koło pierwszej zbudziłam się z jakiegoś szpitalnego koszmaru. Były tam jakieś kolejne operacje, w trakcie których wycinano mi kolejne kawałki narządów, aż po ostatniej nie byłam w stanie mówić, w ogóle porozumiewać się. W dodatku, tak jak na położnictwie, nikt nie mógł do mnie wejść, to ja musiałabym do odwiedzających wyjechać.
W każdym razie poprosiłam, żeby Tadek nakarmił Jacka (bo zawsze to ja karmię o 1). Mały jadł, odbijał, jadł dalej. A potem nie mógł zasnąć. Wzięłam go a on po chwili zwymiotował na mnie. Na moją swieżo upraną, świeżo wyprasowaną i świeżo założoną koszulę nocną. Tadek dał chusteczki, obtarłam synka, rozebrałam się z tej koszuli i położyłam Jacka na gołym brzuchu. Poprosiłam Tadka o jakąś inną koszulę nocną i okazało się, że mam dwie do wyboru – zimową z Triumpha (długa, ciepła, niebieska) albo porodową (krótka, bez rękawa, cienka w niebieskie paseczki). Ta porodowa miała być wyrzucona. Ale poprosiłam o nią i nie byłam w stanie jej założyć. Jakaś blokada psychiczna. Cieszyłam się, że nie została wyrzucona, ale teraz ma po prostu być a nie służyć. Poród to bardzo intensywne przeżycie, nieporównywalne z niczym innym. Codziennie czytam mój własny opis własnego porodu. Codziennie myślę o nim. Męczy mnie to, że Tadek chyba nie chce wiedzieć o tym zbyt dużo, a nawet jeśli bym mu opowiedziała, to nie zrozumiałby.
W każdym razie Jacek i tak nie zasnął. Nosiliśmy go na zmianę, kołysaliśmy, tuliliśmy, on płakał albo po prostu nie spał. Kiedy ja go nosiłam, Tadek drzemał. Ja oczywiście nie mogłam zasnąć słysząc ich w dużym pokoju. Jacek przysnął wreszcie koło 6 rano. A o 7 karmienie. Później w ciągu dnia też nie spał, na rękach był w miarę spokojny, ale wystarczyło go odłożyć, żeby zaczął hiperwentylować i po chwili ryczeć. Udało się go na chwilę uśpić koło 12, to poszłam z nim do ogrodu. Obudził się. Przez godzinę pozwolił mi wyhaftować 7 krzyżyków.
Dopiero jak w radiu zaczął się Top Wszechczasów to zasnął. Przy okazji stwierdziliśmy, że pieluchy Happy są do niczego. Przeciekają, uciskają nóżki i w dodatku nie dają się ładnie dopiąć, jakby się rozchodziły na boki, bo godzinę po poprawieniu znowu jest dużo luzu. Prawie pełna paczka pieluch teraz będzie leżeć i czekać na lepsze czasy… Może na przykład będziemy je podkładać na czas suchej kąpieli i samrowania pupy kremem przed nałożeniem suchej pieluchy? Codziennie ze dwie-trzy pieluchy są zużywane przez kupy robione w trakcie zmiany pieluchy.
05.01.09
Książki
Tadek do Jacka: jak wiadomo z Gumisiów, najlepsze książki są prawie tak duże jak ty.
03.11.09
Pomysł
Mam pomysł na bloga tematycznego. Fajny pomysł i w dodatku naprawdę coś na czym się znam i co mi dobrze wychodzi. Jak będzie pomysł dopracowany to dam znać.
11.22.08
Wspomnienia z dzieciństwa
O ile dobrze pamiętam, kiedyś opisywałam moje dwa pierwsze wspomnienia. Dzisiaj pora na trzecie a może i dalsze.
Trzecie wspomnienie jest znacznie mniej przyjemne, chociaż nie pamiętam samego bólu. Miałam wtedy trzy lata, pojechaliśmy całą rodziną (może bez babci? nie jestem pewna) na grzyby do lasu oliwskego. Samochód stał przy drodze a my poszliśmy na drugą stronę (mam wrażenie że samochód był na południe a my szliśmy na północ).
Dosyć szybko się zmęczyłam, więc dziadek wziął mnie na barana i wrócił do samochodu. Pamiętam właśnie to bycie noszoną na barana i nieprzyjemną chmurę czegoś drobnego, włażącego do nosa i oczu. To były komary. Cała chmura komarów, akurat na wysokości mojej głowy. Ugryzły mnie co najmniej dwa – jeden pod lewym okiem a drugi pod prawą dziurką nosa. Kiedy doszliśmy do samochodu byłam już tak spuchnięta, że ledwo mogłam oddychać. Dziadek od razu zawiózł mnie na pogotowie (ciekawe co pomyśleli rodzice jak wrócili a nie było samochodu i dziadka) i drugi fragment tego wydarzenia, który pamiętam to właśnie tam na pogotowiu. Był to bardzo długi pokój, w kolorze zielonkawo-niebieskawym, bardzo nieprzyjemnym. W regularnych odstępach stały jakieś cosie a ja na jednym z nich siedziałam czy też leżałam (łóżka szpitalne?). Było strasznie pusto a ja byłam strasznie sama. ktoś chyba był w tym pokoju, ale poza zasięgiem mojego wzroku, na pewno na żadnym innym cosiu nikt nie siedział ani nie leżał.
Od tego czasu powszechnie wiadomo, że mam uczulenie na komary. A komary jak na złość bardzo mnie lubią. Kiedy normalnego człowieka ugryzie komar, trochę poswędzi, zaczerwieni się i przechodzi w dwa dni. Dla mnie swędzenie jest przemożne, a po jakimkolwiek dotyku takie ukąszone miejsce puchnie w bardzo specyficzny sposób (jakby placek skóry wystąpił do góry) i przybiera żółty kolor. Dodatkowo nie mam co liczyć na zniknięcie obrzęku wcześniej niż za tydzień-dwa.
Jeszcze raz komary mi strasznie dokuczyły, było to w Finlandii. Około moich ósmych urodzin pojechaliśmy do Oulu, gdzie pracował tata. Był to sam środek ichniego lata, więc było stosunkowo ciepło i cały pobyt pamiętam bardzo miło, między innymi dlatego, że po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z kuchenką mikrofalową. Któregoś dnia komar ugryzł mnie w prawą stopę, w śródstopie. Spuchłam tak, że przez kilka dni nie mogłam chodzić, a samo ukąszenie nie swędziało tylko bolało. Stopę miałam zawiniętą w jakiś okład i bandaż. Nawet jeśli mogłabym chodzić, to nie zaszłabym daleko, bo stopa nie mieściła mi się do żadnych butów. Spędzałam dnie na układaniu klocków lego i kolorowaniu disneyowskich kolorowanek nowymi pisakami (kupionymi w Szwecji).
Z czasem słabiej reagowałam na komary, ale wciąż powstrzymywanie się od drapania jest prawie niemożliwe. I wciąż wyskakują mi te żółte placki. Nawet jeśli jest daleko od sezonu komarowego, prawie co tydzień znajdzie się jakiś, który mnie w nocy użre. Dzisiaj użarło mnie w szyję…
07.27.08
Układanka
Mama kilka dni temu przywiozła mi kilkanaście pudełek moich puzzli. W jakimś momencie pamiętam, że wrzucałam klocki do siateczek z Empiku i po kilka do jednego pudełka, wyrzucając denka pudełek a zachowując góry. Albo jakoś tak. W każdym razie mam więcej układanek niż pudełek, większość układanek w stanie mniej więcej ułożonym (po ułożeniu puzzle delikatnie podzielone na fragmenty wielkości pudełka i włożone do pudełka), ale niektóre mam w proszku.
Postanowiłam większość z nich sprzedać na Allegro, bo po co mam trzymać dziesiątki nieużywanych puzzli? Kiedyś miałam nimi obklejone ściany dokoła łóżka, policzyłam nawet ile było łącznie elementów, zdaje się że coś w granicach 16.000. Wtedy puzzle po ułożeniu były odwracane na lewą stronę (za pomocą dwóch wielkoformatowych układanek) i na tej lewej stronie sklejane szeroką taśmą klejącą. Tata przyklejał w dwóch rogach rzepy, w odpowiednich miejscach na ścianie drugie połówki rzepów i tak na rzepy miałam obklejone ściany puzzlami. Fajnie to wyglądało.
No ale wracam do czasu teraźniejszego. No dobra, za chwilę. Te wielkoformatowe układanki były ogółem trzy, wszystkie przedstawiały plakaty z filmów Disney’a, wszystkie miały około 300 klocków i były po prostu piękne. Jako pierwsze zostały podklejone po lewej stronie i ponieważ miały format plakatu, doskonale nadawały się do obracania innych puzzli. Układanki były trzy: ja miałam Pinokia, Ania miała Kopciuszka a wspólnie miałyśmy Piękną i Bestię. Pinokio wciąż wisi na ścianie u rodziców, Kopciuszek pewnie jest złożony w pudle z ułożonymi puzzlami na strychu a mama przywiosła mi Piękną i Bestię w proszku.
Żeby sprzedać Piękną i Bestię trzeba ją najpierw ułożyć, żeby: 1. sprawdzić czy układanka jest kompletna, 2. móc pokazać jakieś foto, skoro nie ma pudełka. Z Tadkiem ułożyliśmy ją w 10 minut, ja układałam raczej na pamięć
Przypomniała mi się przy tym pewna anegdotka:
Kiedy dostałyśmy te układanki, myślę że miałam wtedy jakieś 8 lat, najpierw żmudnie ułożyłam Pinokia, potem pomogłam Ani z Kopciuszkiem. I wtedy zauważyłyśmy, że obie układanki mają po jednej parze “niezwyczajnych” klocków, takich z nieparzystą ilością dołków i pypciów. Co więcej, te klocki wyglądały identycznie. Doszłyśmy do wniosku, że jest możliwe, że wszystkie układanki wycinano tą samą sztancą, więc ostrożnie nałożyłyśmy Kopciuszka na Pinkokia i rzeczywiście! Wszystkie klocki do siebie pasowały! Wzięłyśmy więc trzecią układankę i ułożyłyśmy ją na Kopciuszku (po zdjęciu tegoż z Pinokia), brałyśmy kolejne klocki, patrzyłyśmy gdzie mniej więcej powinny być i układałyśmy je na klockach o odpowiednim kształcie. Taka zabawa jest oczywiście dosyć nudna, więc tylko raz tak układałyśmy.
Kiedy opowiedziałam Tadkowi o tych układankach, prychnął “Dzieci inżynierów”. No co, jesteśmy dziećmi inżynierów. Tak układamy puzzle.
Ja później podobnie próbowałam inne puzzle układać, ale nie zawsze wychodziło – doszłam do wniosku, że firma Trefl co jakiś czas zmieniała sztancę, bo układanki kupione w mniej więcej jednym czasie można było układać na sobie, ale tych oddalonych o np. rok już nie.