10.19.09
Oddech
Wreszcie łapię oddech. NIe miałam pojęcia, że tak mnie wypatroszy początek roku akademickiego. W zasadzie odżyłam w piątek rano, jak sobie postanowiłam poprosić faceta od teorii nauczania oraz gramatyki opisowej i pedagogicznej, żebym nie chodziła na teorie nauczania, bo w ten sposób będę miała jeden dzień całkowicie wolny dla dziecka. Kit z tym, że w planach pół świniaka, wielkie sprzątanie, wielkie pranie, wielkie prasowanie, dziecko zajmujące połowę czasu (drugą połowę zajmuje Tadkowi), trzy czytanki na wiedzę społeczno-przyrodniczą…
Wszystko zmierza ku dobremu. Myślę, że w te poniedziałki będę chodzić dodatkowo na basen.
Miałam starcie z jedną zadufaną w sobie lektorką, ale to chyba kiedy indziej opiszę (jeśli w ogóle). Opiszę jak będę miała trochę czasu nad tym pomyśleć, wnioski jakieś wyciągnąć, zaplaować dalsze działanie. Czy ona słyszała może o Ayn Rand? Pozuje na wszystkowiedzącą, ale nie wygląda na taką, co by kiedykolwiek o Ayn Rand słyszała.
08.26.09
Ha!
Zawzięłam się i wysłałam wreszcie pierwszy wpis na Genetyce. Teraz nie ma bata, trzeba pisać, regularnie, dobrze i w ogóle. Jutro ewnie napiszę meta.
08.20.09
Badanie moczu
Lekarka zapisała badanie moczu Jacka. Kupiłyśmy z babcią kubeczki dwa i dwa woreczki do zebrania tego moczu. W pierwszy woreczek się zebrało, chociaż trochę wylało jak Smok przewrócił się na brzuch. Rano Tadek uznał, że ja mam ten mocz zanieść, co z tego, jeśli Smok obudził się o 8.20 i jadł do 9.05 a przychodnia mocz do badania przyjmuje tylko do 8.30.
No to założyliśmy dzisiaj popołudniem drugi woreczek. Jacek nie sika. Znaczy, parę kropelek się zebrało, ale w końcu woreczek się odkleił i jeśli było w nim coś więcej niż kilka mililitrów to wsiąkło w pieluchę. Więc wysłałam Tadka po nowe, bo teoretycznie możemy dać te wczorajsze siki, ale to jednak już długo stoi (chociaż w lodówce).
Przychodzi babcia i pyta, czy Tadek będzie wiedział, jakie kupić, bo te woreczki to są różne dla chłopców i dla dziewczynek. Z wielkim trudem odpowiedziałam, że na pewno sobie poradzi.
08.19.09
Na odchudzanie – niemowlę
Poranek. Jacek zwykle na dobre budzi się koło 8 rano, ja wstaję między 7 a 7.30. Czasem jem w łóżku erzac śniadania, stąd różnica. W każdym razie mam dosyć czasu, żeby się umyć, ubrać i zjeść śniadanie zanim on wstanie.
Ale nie dzisiaj. Dzisiaj z rana dokańczałam kawałek prasy parentingowej – obrzydliwe słowo i obrzydliwa prasa. Ale o tym kiedy indziej. O 7.30, jak już się ubierałam dobiegło mnie nieszczęśliwe stękanie. Aha, mój drań, jak zwykle ostatnio, prawie obrócił się na brzuch i mu któraś ręka zawadza. Pomogłam, ubrałam się, przygotowałam mleko, dałam mu papu, odbił, przebrałam go, położyłam do zabawek, wyrzuciłam pieluchę, zapisałam ile wypił i wstawiłam na patelnię kluski, które Tadek zapomniał zabrać do pracy.
To wszystko omdlewając z głodu i bólu, bo mam z natury niskie stężenie cukru we krwi, więc przed śniadaniem w każdej chwili mogę omdleć. Dodatkowo chyba mam jakąś nadprodukcję kwasów żołądkowych – w każdym razie jeśli nie mają co trawić, to trawią mnie i to cholernie boli. Jak wiadomo, w nocy się nie je, więc można się domyśleć jak bardzo zmaltretowany jest mój żołądek o 8 rano, po 12-14 godzinach bez jedzenia.
Jacek w międzyczasie obrócił się na brzuch. Jakiś tydzień temu poanował tą umiejętność, ale wciąż nie dociera do niego, że można też na odwrót. Przyniosłam kluski, herbatę i jakąś gazetę. Przy Jacku trzeba robić jak najwięcej na raz, bo on nie da dużo czasu. Usiadłam. Usłyszałam głębokie beknięcie i zaraz nieszczęśliwe mmm mmm mmm. Mleko leci z ust. Wstałam, podeszłam, obtarłam buzię i łapy, obróciłam na plecy, obtarłam raz jeszcze, obtarłam zabawkę i matę, poszłam wyrzucić wacik (Jacek tyle ulewa, że nie ma sensu ścierać tego pieluchą, by się zużywało kilka pieluch dziennie a paczka kwadratowych dużych wacików starczy na max. 3 dni).
Jacek w tym czasie obrócił się na brzuch. Usiadłam do klusek. otworzyłam gazetkę, nabiłam na widelec pierwszą kluskę, włożyłam do ust. Usłyszałam głębokie beknięcie, tym razem bez mmm mmm mmm. Teraz już serek a nie mleko. Wstałam, obróciłam, obtarłam, wyrzuciłam wacik. Jacek się obrócił. Ja znowu usiadłam do klusek…
08.13.09
Wycieczka
Jutro pojedziemy do Pasymia na weeked. Na razie nasza najdłuższa wycieczka, chociaż już raz nocowaliśmy poza domem. Smok wczoraj grzeczny i dzisiaj w sumie też. Hoho.
08.03.09
Przeprowadzka
Przeprowadziliśmy Jacka. Od dwóch nocy śpi w soim łóżeczku a nie w koszu. Zasypia niemal natychmiast, nie przeszkadza mu nasze krzątanie się ani wieczorem (jak już zaśnie) ani rano. Nas nie budzi miotaniem się w koszu, ma miejsce do obracania się. Wyplutego smoka wyrzuca na ziemię. Czyli w sumie super
Idę, bo właśnie się budzi i będzie ryczeć.
07.29.09
Tuż przed porodem
Znalazłam dwa wpisy (których nie zamieściłam wcześniej) z ostatnich dni przed porodem. Fajnie się to w sumie czyta, szczególnie biorąc pod uwagę moje “ja nigdy nie urodzę” kiedy urodziłam półtora dnia później.
16.04.2009
Dalej jestem wkurzona na cały świat więc postanowiłam nie zamęczać was moją złością, wredotą i w ogóle narzekaniem i piszę do pliku. Może podeślę hurtem jak (jeśli) urodzę.
Między 4 a 6 rano skurcze dosyć silne i jak w zegarku co 7 minut. O 6 zaczęłam przysypiać, to jeszcze dwa mnie wybudziły ze snu i na tym był koniec. Jak po raz kolejny cudem przysnęłam, to ostatnie dwa, około 8 mnie obudziły i nie było już mowy o zaśnięciu. Czytam sobie jak Lukola ekscytuje się swoimi co 20 minut a ja mam dzień w dzień między 4 a 6 rano te co 7 minut i dupa z tego wychodzi. Tylko one coraz mocniejsze, bo wcześniej mnie nie budziły jeśli jakimś cudem spałam.
Mama zabrała mnie samochodem do biblioteki (jakieś książki musiałam oddać i wypożyczyć, bo można na raz na max 2 miesiące) a potem do gina. Bo mój pęcherz mówi, że mały jest nisko a żebra że wysoko i nie ma szans żebym wsiadła za kierownicę samochodu – po prostu nie zegnę się. W ogóle dzisiaj rano nawet podmycie się było problemem, bo jak sięgnąć i się umyć bez schylania się chociaż odrobinę?
W każdym razie mama uznała, że jeśli będzie taka kolejka jak zawsze to pojedzie sobie do Ikei i ja jej dam znać jak będę dokładniej wiedziała kiedy kończę. A tu niespodzianka – tylko jedna babka oprócz mnie. Coś takiego ostatnio widziałam przed Bożym Narodzeniem. Gin stwierdził, że nic się nie zmienia (od 6 tygodni 1cm szyjki, 1 palec rozwarcia, próbował pocieszyć mnie tym, że szyjka ustawiła się w dobrą stronę do porodu). Pewnie na pocieszenie na USG pokazywał mi twarz małego. Że ma nosek i usta i w ogóle. Stwierdził, że będzie miał takie “całuśne” usta jak ja.
Tylko że to mnie nijak nie poprawia humoru. Kurwicy dostaję, bo dla wszystkich już teraz dziecko jest ważniejsze ode mnie i uważają, że można mi poprawić humor udowadniając że z nim jest wszystko ok. Ja dobrze wiem, że z nim jest ok, on jak karaluch pewnie by bombę atomową przeżył, ale to ze mną jest źle! do nikogo nie dociera, że jestem samolubna i że potrzebuję opieki nade mną a nie nad tym pasożytem.
Znowu ryczę bez powodu. Albo raczej z bardzo konkretnego powodu – self-pity.
W każdym razie jeśli nie urodzę (a wczoraj straciłam jakąkolwiek nadzieję, że kiedykolwiek urodzę), to za tydzień pośle mnie na KTG a za dwa tygodnie miałabym przyjść z samego rana, to da skierowanie na wywołanie. Z samego rana po to, żeby wzięli mnie na to wywołanie przed babkami z patologii ciąży, bo jakby je pierwsze wzięli, to dla mnie mogło by nie starczyć miejsca.
Kiedy wróciłam do domu, nie było prądu. Po raz drugi w tym tygodniu. Babcia coś zaczęła mówić, że ma jakiś palnik turystyczny a ja nie kumam o co jej chodzi, ja mam przecież całą kuchenkę gazową, cztery pełnowymiarowe palniki. Jeśli ona nie umie jej włączyć, to jej problem, ja włączyć umiem i, co więcej, wiem co nie działa bez prądu (wbudowana iskrownica, więc potrzeba zapałek lub zapalniczki oraz czujnik płomienia, który zamyka dopływ gazu w razie zgaśnięcia jak np. woda wykipi). Kiedy prąd wrócił, internet nie wrócił. Jak się okazało, ktoś bardzo genialnie próbował przywrócić prąd w całym domu poprzez wyłączenie listwy, do której jest podpięty router. Pewnie babcia.
Na święta druga babcia dostała nowy telefon a Tadek poprosił o jej stary, bo on i jego mama mają taki sam model a mamie się ponoć coś psuje. Mama przywiozła telefon i ładowarkę, zaznaczyła, że babcia ma niezwykły talent do zakęcania kabelków, że oni już nieźle ten kabel porozplątywali i poodkręcali, ale i tak Tadek jak go zobaczył, skomentował “czy ona robiła z tego kabla coś na drutach?”
Babcie i elektronika
Czytam poród Adeliny… Dziewczyno, jesteś wielka i dzielna. Mało kto wytrzymałby krojenie na żywca. Ale też mało kto byłby tak oporny na znieczulenie.
Babcia przyszła namówić męża na obiadek, najpierw mnie okrzyczała, że mu nie powiedziałam, że coś przygotowała (a mówiłam, tylko on jeśli ma sam sobie zagrzać, to zwleka z tym ze dwie godziny po powrocie do domu) a potem pytała czy ja Jacuniowi daję coś jeść
i paplała bez sensu pieszcząc się jak do małego dziecka – dwie rzeczy z tych, które mnie najbardziej wkurzają (to pierwsze bo jak wszyscy wiemy dziecko sobie ze mnie wyciągnie wszystko co zechce niezależnie od tego czy ja będę jeść czy nie; karmić powinnam siebie, czyli wracamy do punktu “dziecko jest ważniejsze ode mnie”).
17.04.2009
Poszłam na spacer. Dłuuugi. Głównie po to, żeby małego sciągnąć trochę w dół, bo poprzednio właśnie taki długi spacer potrafił go na dwa dni obniżyć. Jak już miałam wracać, to wpadłam na sąsiadkę, tą, która rodziła w styczniu. Gadałyśmy chyba z pół godziny, bardzo mi to poprawiło humor. Uzgodniłyśmy, że mój gin odbierał jej poród. A w sklepie wreszcie są lody.
Tadek wczoraj stwierdził, że łapie mnie nowa kobieca dolegliwość – depresja przedporodowa (wczoraj np. stosunkowo poważnie zastanawiałam się nad zrobieniem sobie krzywdy, nic bardzo poważnego ale przykładowo udar słoneczny, tylko po to, żeby coś się wreszcie działo).
Dzisiaj po lodach i nagadaniu z Marzeną widzę światełko w tunelu. Chociaż nadal nie wierzę, że kiedykolwiek urodzę.
07.26.09
Za dużo do czytania
Jacek od dwóch dni trenuje obracanie się (głównie) z pleców na brzuch. Wczoraj jak nie chciał zasnąć, obrócił się prawie do końca, pomogłam mu z brakiem. Za parę minut Tadek mówi “ej, ale on przed chwilą był na brzuchu?” ano był.
Dostałam od Ani trochę czasopism i w związku z tym mam już całkiem zawaloną szufladę na rzeczy do przeczytania. A ja chciałam tylko jedną książkę z listy do przeczytania w wakacje przeczytać plus lektury do egzaminu a tak to tylko szuflada
Przejrzałam dziś pobieżnie te gazetki i od razu trzy wyrzuciłam. Nie chce mi się czytać pozostałych dokładniej, tyle literatury babsko-parentingowej to dla mnie za dużo jak na jeden raz.
Za to z lektur skończyłam dziś Millerowej Socjalizację, chociaż jeszcze będę musiała przejrzeć żeby zrobić notatki z drugiej części – czytałam na dworze, owinięta kocem i nie miałam dość rąk do notowania. A Jacek spał.
Z tego co w gazetkach piszą czekają mnie wkrótce dwa poważne kroki – przeniesienia Jacka na noc do łóżeczka i odzwyczajanie od smoka. W sumie to poza naszym pokojem może tak naprawdę spać od miesiąca, bo od 30 czerwca nie budzi się na jedzenie przed 7 rano (chociaż regularnie przed 6 mamy miotanie się przez sen z chęci smoka). Usypianie go w łóżeczku będzie miało pewną wadę – będziemy musieli się na czas usypiania a może i na resztę wieczoru wynosić z dużego pokoju i kuchni. No i nie wiem jak Jacek zareaguje na poranne Tadkowe krzątanie się przed wyjściem do pracy. Na razie mam plan wstawać trochę wcześniej (po 6 zamiast przed
i dawać Jackowi śniadanko około 7 (zamiast koło 8 a nawet 8.30 jak zaśpi). Więcej dnia dla mnie.
Ze smokiem na pewno będzie trudniej. Jak ma dobry dzień, to potrzebuje go do spania w dzień i zaśnięcia na noc (pomijając ssanie przy jedzeniu). Jak ma zły dzień, to całą dobę by ssał. Jakieś pół godziny temu rozbudził się trochę ze snu, wypluł smoka, wpakował kciuk do ust i dalej zasnął. Jacek zanim wiedział, że ma ręce to potrafił nimi trafić do ust, mimo iż dostaje smoka zawsze jak pokazuje że chce.
Będzie długi tydzień: we wtorek Kaja, w środę Jarmark, w piątek Tadek weźmie urlop i pojedziemy do Władysławowa, bo w sobotę Łukasz z Marzeną przyjeżdżają wynająć mieszkanko.
07.20.09
Relaks
Jacek śpi. Już dosyć długo, chyba wreszcie zaczyna mu wychodzić przesypianie lekkiego snu. W ogóle staram się dzisiaj żyć powoli, leniwym tempem (bo nie leniwie). Zrobiłam pranie, zakupy, obiadek. Zdjęcia kolejnych 10 rzeczy do wystawienia a allegro, ale nie wiem, czy jeszcze dziś wystawię. Dzwoniłam do szkoły pływania ale nikt przez cały dzień nie odbierał, tylko sekretarka ciągle swoje “dyżur telefoniczny w godzinach 10-14″. W końcu po 14 nagrałam się, żeby albo odbierali te telefony albo zmienili nagranie i że mają do mnie zadzwonić. Shall see.
Czytam Annę Kareninę, zajadam groszek i poziomki. Chyba znowu jakieś pomidory dojrzały. Muszę jakoś ograniczyć sobie obżeranie, bo od 11 do 14 praktycznie cały czas coś żułam. Zastanawiam się, czy jeśli wystawiępojedyncze numery Świata Wiedzy to znajdą nabywcę. Na pewno jest na to większe prawdopodobieństwo niż na niekompletną kolekcję.
07.18.09
Zdolny mały człowiek
Wczoraj Jacek dwa razy celowo obrócił się z brzucha na plecy.
A dziś z pleców na brzuch.
To już trzy miesiące. Nie pamiętam już nawet życia bez Jacka.